Turyńska fatamorgana

Nie będę ściemniał: w pewnych sprawach spojrzenie na rzeczywistość mam wykrzywione jak antyszczepionkowiec, dla mnie piłkarze Juventusu nie stracili – wbrew informacjom zawartym w oficjalnej tabeli – aż tylu goli w zakończonej fazie grupowej Ligi Mistrzów, może nawet nie stracili ani jednego. Uzbierali komplet punktów, wygrali wszystkie mecze. Widziałem wprawdzie, jak krzywdę wyrządza im pewnego dziwnego wieczoru Manchester United, z 0:1 wychodząc znienacka na 2:1, oraz w ostatniej kolejce z Young Boys Berno, ale oba epizody wyparłem. Kolidowały z moją wizją świata, skandalicznie nie pasowały do krajobrazu.

Sami się zresztą przyjrzyjcie – turyńczycy dominowali nad MU bezdyskusyjnie, dominowali na wyjeździe i u siebie, do minimalnego zwycięstwa poza domem zamierzali dołożyć minimalne zwycięstwo w domu, zmierzali do celu ze spokojem i pewnością ruchów człowieka idącego na pocztę. Jest parafka, jest przesyłka. Gdyby nie tamto nieszczęsne 150 sekund, gdyby nie zaskakujące odrętwienie między 86. a 89. minutą gry, mieliby szanse na bilans należący do ścisłej czołówki najlepszych jesiennych bilansów w obecnej formule Champions League, która wygląda obecnie tak:

Juventus, Liga Mistrzów

Powyższa tabelka niby niewiele wnosi, w końcu rozgrywki rozstrzygają się wiosną i wtedy powstają prawdziwe hierarchie. Zarazem jednak zestawienie z oryginalnej perspektywy potwierdza, że żyliśmy (żyjemy?) w erze Madrytu i Barcelony – ich prymat widać zarówno w gablotach z trofeami (triumfowały w 7 z ostatnich 10 edycji LM), jak i tam, gdzie nie trzeba się wysilać, czyli przy odfajkowywaniu fazy grupowej. Znów: rutynowa wizyta na poczcie. Wirtuozi spod szyldu El Clásico nawet przy prozaicznych czynnościach zachowywali wdzięk.

Juventus rzadko mizdrzy się do widza. Uprawia futbol skrajnie zrównoważony, pragmatyczny, obojętny na ozdobniki. Kojarzy mi się z przywołanym hiszpańskim duetem, bo również na bardzo długim dystansie czasu sugeruje – niezmiennie, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc, sezon w sezon – że zasługuje na najcenniejszy laur w Europie, krząta się wokół trofeum, ma je na wyciągnięcie nogi Mario Mandżukicia. A bieżącej jesieni jeszcze silniej niż dotychczas kontroluje grę absolutnie, niezależnie od rywala.

No chyba że turyńczyków trafi nagła utrata przytomności. Jak w tajemniczym rewanżu z MU – gdyby nie zaćmienie po 86 minutach pełnej jasności umysłu, to chyba bym się wtedy pozakładał ze wszystkimi belzebubami świata, że pofetujemy ich jako jedyną drużynę w dziejach Ligi Mistrzów, począwszy od dziewiczego początku lat 90., która zakończyła rozgrywki w grupie z czystym kontem. Po tamtym wieczorze Wojciech Szczęsny gola nie puścił przez 450 minut gry – w Serie A, m.in. z Interem u siebie i Milanem na wyjeździe, oraz z Valencią w LM – by przyjąć ciosy dopiero po w środowe ostatki w Europie z zespołem Young Boys, na które też trudno spoglądać z miną serio, skoro zrelaksowane Juve opędzało je byle jak, m.in. bez swoich trzech superobrońców.

W Italii piłkarze Juve właściwie się już nie mieszczą, bezbłędni wydają nawet wtedy, gdy popełnią błąd, obserwuję to weekend w weekend. Szczególne wrażenie wywarli, gdy siedziałem na ich stadionie podczas wrześniowego szlagieru z Napoli (3:1) – chwycili wtedy rywali za twarz i z każdą akcją ściskali mocniej; Cristiano Ronaldo dał popis dla siebie nietypowy, ale imponujący, wszechistniał (na miarę czarów Leo Messiego z minionej soboty, obaj wcale nie zamierzają zrzec się władzy nad futbolem); Joao Cancelo połknął naszego Piotra Zielińskiego w całości, bez rozgryzania ani przeżuwania. To nie było kolosalne starcie lidera z wiceliderem, goście z Neapolu zgrywali raczej kogoś ponad swój rozmiar, a bramkę zawdzięczają głównie chwilowemu roztargnieniu gospodarzy, zdobywając ją, jedynie Juventus rozsierdzili.

Tamtej bramki Driesa Mertensa też właściwie nie miałem ochoty potraktować poważnie, podobnie jak obu manchesterskich. Słabo komponuje mi się z całokształtem twórczości turyńczyków, którzy moim zdaniem grają rozważniej i mądrzej niż ktokolwiek na kontynencie, każdego przeciwnika umiejętnie trzymają na dystans, podarowują Szczęsnemu luksus wielominutowej bezczynności, zasobami kadrowymi dysponują zbyt głębokimi, żeby nietykalność odebrała im jakakolwiek epidemia kontuzji. W dodatku Massimiliano Allegri manipuluje nimi perfekcyjnie, ostatnio niemożliwych komplementów dosłużył się nawet od jaśniepaństwa Cristiano Ronaldo, który zresztą również wygląda na odmienionego – jakby przestawił głowę na zespołowość, pogodnie znosi kluczowe gole wbijane przez Mandżukicia, może wykalkulował sobie, że triumf w Lidze Mistrzów z trzecim klubem zbliży go do kolejnej Złotej Piłki bardziej niż tytuł króla strzelców tych rozgrywek. Jesienią uciułał całego jednego, historia niesłychana.

Nic dziwnego: w Turynie dzieje się wyłącznie niesłychane. Właśnie teraz, po kolejnej wpadce, z przyjemnością ogłaszam, że to dla mnie drużyna jesieni w Europie, która byłaby jedyną niepokonaną… Tfu, jest jedyną niepokonaną w Europie – feralne sekundy z Manchesterem United i feralne minuty bez znaczenia z Young Boys Berno uważam, jako się rzekło, za fatamorganę.

Juventus, Liga Mistrzów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s