Mistrzowie z Anglii

 Premier League, liga angielska

Patrzyłem na czwartkowy hit Premier League oniemiały, to było jak erupcja wulkanu, widowisko pulsujące obłędną intensywnością gry, które w lepiej urządzonym świecie powinno zakończyć się równorzędnym triumfem obu rywali. Nikt tu nie był lepszy, obie strony ścigały się na popisy arcyfutbolu. Choć Manchesterowi City przyznano wygraną całym golem, to wieczór lepiej podsumowuje 11,2 milimetra, jakich zabrakło do szczęścia Liverpoolowi, gdy piłkę z linii bramkowej wykopywał John Stones – wyższość gospodarzy miała rozmiar gołym okiem nie do wychwycenia, o ile w ogóle wolno nam obrażać gości sugestią, że przegrali.

Dla mnie to był więcej niż pojedynczy mecz, dla mnie to była ostateczna i przepiękna ilustracja przełomu, jaki dokonał się na szczytach ligi angielskiej. Jakościowego. Od lat epatowały nas tamtejsze kluby kwadrylionami euro rozrzucanymi na piłkarzy, ale kiedy potentaci przystępowali do szlagieru, to po kilku minutach dochodziliśmy do wniosku, że prawdziwą high quality oferuje hiszpańskie El Clásico, że na wyspach więcej dymu niż ognia, że luksusy finansowe nijak nie przekładają się na sportowe. Coś drgnęło dopiero w ubiegłym sezonie, gdy Liverpool i inni wreszcie poszaleli w Lidze Mistrzów, a w kraju arcydzieło stworzyli piłkarze Manchesteru City. Nie wiedzieliśmy tylko, czy to nie chwilowe wykrzaczenie w matriksie.

Mijające miesiące składają się jednak z łańcucha dowodów na nieprzypadkowość wydarzeń z wiosny 2018. Nastała era, w której rywalizacja o tytuł mistrzowski toczy się na poziomie, jakiego w Premier League nie pamiętam. Zjawiskowo grywali tam jedynie samotni wszechmistrzowie, jak pamiętni „Niezwyciężeni” z belle epoque Arsenalu, nigdy nie podziwialiśmy galerii z aż dwiema autorskimi superdrużynami – a może i trzema, o czym za chwilę. Liverpool i Manchester City porywają, Liverpool i Manchester City sprawiły, że zapomniałem, iż stoją za nimi gigantyczne pieniądze. Bo one zdają się drugorzędne wobec wizji Jürgena Kloppa i Pepa Guardioli, którzy stworzyli światy na obraz i podobieństwo swoich marzeń, wierzą w potęgę treningu, wcale nie próbują kolekcjonować wszystkiego, co najdroższe na rynku.

Owszem, ich szefowie poprzelewali za transfery fortunę, ale przecież nikt nie skupował tu Messiego, Ronaldo ani Lewandowskiego, nikt nie próbował podprowadzić przewodzących młodszemu pokoleniu Neymara czy Mbappé, nie było skoku na monumentalnych obrońców w typie Chielliniego czy Ramosa. Nie, były ruchy głównie nieoczywiste, wymagające od pozyskiwanych graczy wzbicia się na wyższy, nowy dla nich poziom. Ruchy niekoniecznie skazane na sukces.

Fernandinho nie musiał przecież spotężnieć po trzydziestce na monstrum środka pola; Raheema Sterlinga z łatwością wyobrazilibyśmy sobie jako kolejnego angielskiego jeźdźca bez głowy, skoro niejednego Walcotta już skreślaliśmy jako przypadek beznadziejny; Leroy Sané okazał się przed kilkoma miesiącami niegodny powołania do szerokiej kadry Niemiec na mundial; Kevina de Bruyne’a (w czwartek akurat nie grał) odrzucił sam José Mourinho; Bernardo Silva nieczęsto ganiał wcześniej w opętańczym transie, jak w czwartkowy wieczór, gdy pokonał rekordowy w sezonie ligi angielskiej dystans 13,7 km – aż zdumiewające, że murawa nie zaczęła płonąć mu pod stopami. Nic nie było pewne ani prawie pewne, a jednak dane nam jest podziwiać, jak wszyscy wymienieni rozkwitają, przechodzą samych siebie, spełniają fantazje Guardioli. U Kloppa to samo, tylko bodaj jeszcze bardziej: Virgila van Dijka nie wyniosła na szczyt wśród środkowych obrońców cena, gdyby kosztował 40 mln mniej, też byłby 27-latkiem wyjętym z Southampton dopiero poprzedniej zimy. Nigdy wcześniej nie podbijali świata Mohamed Salah, największy altruista wśród napastników Roberto Firmino czy Sadio Mané, a Alexander-Arnold z Robertsonem to już w ogóle wychynęli znikąd, by rozskrzydlić Liverpool przerzutami z jednego końca świata na drugi. Niesamowite, ile trenerzy kataloński i niemiecki odkryli w swoich piłkarzach sportowej klasy. Zwłaszcza w Fernandinho i van Dijku – zawodnikach, którzy przeżyli na boisku wiele sezonów, ale przed spotkaniem z obecnymi szefami raczej nie przyszło im do głowy, że umieją wyglądać jak herosi, najlepsi na swoich pozycjach na świecie.

To na sylwetki Brazylijczyka oraz Holendra spoglądam jak na emblematy stanowiące o przywódczo-belferskich mocach Guardioli i Kloppa. Trenerów budujących od zera, choć drogo, dzisiaj inaczej się już nie da. Budujących od zera i każdy według swojej idei, pozwalających bezstronnym entuzjastom futbolu wybrać sobie styl, który bardziej odpowiada ich gustom. Ja akurat nigdy nie wybieram, bo nie czuję potrzeby, w piłce wszystko może być bajecznie urzekające, jeśli jest bajecznie skomponowane – nie przedkładam nieskończonej plątaniny podań nad nawałnicę gegenpressingu ani odwrotnie, nie wiem, czy wyrafinowany atak pozycyjny należy cenić wyżej lub niżej od piorunującej kontry, jestem wszystkożerny, pochłonę każdą perfekcję, po rumuńskim społecznym snuju nakręconym nieruchomą kamerą przyjmę w kinie marvelowskie trrrach torpeda razy czarna pantera, bachowską mszę zagłuszę wściekłym metalowym szarpidrutem, zachłannie czerpię z każdego rejestru. I tak właśnie widzę dzisiaj ligę angielską, rozgrywki, które przez szmat czasu mnie nużyły, przeklinałem je za przerost marketingowej formy nad sportową treścią. Widzę ją jako orgię dla wszystkożernych.

Tuż za Liverpoolem i Man City czai się wszak Tottenham, kolejne dzieło wybitnie oryginalne, a Mauricio Pochettino rzeźbi w materiale szczególnie wymagającym. Latem nie wszedł do jego szatni ani jeden nowy zawodnik, zarząd nie wydał ani ćwiartki szylinga, rzecz to dzisiaj niesłychana, co więcej, wśród londyńczyków roi się od medalistów ostatnich mistrzostw świata, którzy po mundialowych eskapadach powinni długo odzyskiwać siły. Argentyński trener wciąż jednak zasadza się na sławniejszych kolegów po fachu, traci do nich tyci-tyci, zresztą całe trio współliderów – pozwólcie troszeczkę naciągnąć rzeczywistość, inaczej nie potrafię – pędzi przez ligę do utraty tchu. Wyspiarscy statystycy wyliczyli już, że o Liverpool, i Manchester, i Tottenham gubią punkty nadnaturalnie rzadko, każdy z nich w niemal każdym innym sezonie miałby miażdżącą przewagę nad resztą stawki, pewne mistrzostwo odbiera im tylko potwornie silna konkurencja. Dość powiedzieć, że ta ostatnia drużyna, sklasyfikowana na miejscu trzecim, po 21 kolejkach uzbierała tylko punkt mniej niż wspominany nieziemski Arsenal z nieskażonego porażką sezonu 2003/04. Ależ mamy ostry zakręt w Anglii! Nie wychodźmy z niego, niechaj chwila trwa, niezależnie od wyników w Champions League.

A jeśli komuś jeszcze mało wyspiarskich atrakcji – jak mnie – to zanęcająco zwracam uwagę, że za tercetem, któremu chętnie przyznałbym mistrzostwo zdobyte ex aequo, skrada się Chelsea. Tam też zjawił się artysta osobny, do swojej futbolowej doktryny przywiązany wręcz obsesyjnie. Tyle że jego konkurenci układają swoje drużyny długo, bo pochylają się nad nimi 39 (Jürgen Klopp), 31 (Pep Guardiola) oraz 54 miesiące (Mauricio Pochettino), tymczasem Maurizio Sarri zstąpił na Stamford Bridge ledwie pół roku temu z okładem. Biorąc pod uwagę, że Włoch również ma gest demiurga i chce zburzyć wszystko, co nie narodziło się w jego jaźni, traci w tabeli niewiele. Teraz trzeba jeszcze tylko poczekać, aż jeszcze uszlachetni tę wyspiarską galerię sztuki nadzwyczaj nowoczesnej, to się po prostu musi ziścić.

Jeszcze raz: wszystkich czterech szefów łączy nade wszystko to, że wierzą w potęgę treningu. A ja wierzę im, gdy obsypują się komplementami, szanują, wyrażają wzajemne uznanie. To nie kurtuazja, to język i emocje najświetniejszej ery w Premier League za mojego świadomego życia.

3 myśli na temat “Mistrzowie z Anglii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s