Kyrgios kontra reszta świata

pilleczka

W sobotę setny turniej w karierze wygrał w Dubaju fenomenalny Roger Federer, ale to była feta nad wyraz spodziewana, więc mnie obszedł raczej odniesiony nazajutrz sukces Nicka Kyrgiosa – nie wiem, czy na pewno tenisisty najbardziej uzdolnionego w swoim pokoleniu, wiem natomiast, że czołowego wśród tenisistów popaprańca. On triumfował na zawodach ATP w Acapulco, oczywiście, jakże by inaczej, w okolicznościach wybitnie specyficznych.

O niezrównoważonym Australijczyku już swego czasu blogowałem. Gdy ten delikwent wkroczy na kort prawą nogą, to jest najlepszym graczem w galaktyce, a gdy wlezie lewą, to jest najgorszym tenisistą w galaktyce. Nie przepada za sportem, który uprawia (woli koszykówkę); nie zwykł przemęczać się na treningach ani trzymać niezbędnej atlecie diety; lekceważenia do obowiązków nie ukrywa, rzekłbym raczej, że swoją dezynwolturę eksponuje; pozwala sobie na chuligańskie wybryki, dlatego mnóstwo kibiców go nienawidzi. Last but not least – drzemie w nim bajeczny talent, więcej możecie przeczytać w tej notce.

W Meksyku Kyrgios wygrał w wybitnie klasycznym stylu.

Najpierw wywołał skandal. W drugiej rundzie zderzył się z wielkim Rafaelem Nadalem i po przegraniu pierwszego seta zamierzał poddać mecz, ponieważ czuł się źle, zresztą już wcześniej narzekał, że walczy z urazem kolana (oba miał obandażowane), łapią go skurcze, zatruł się. Z kortu jednak nie zszedł, a potem tłumaczył, że kierował nim strach – zarówno przed tłumem na trybunach, który go wygwiżdże, jak i przed prasą, która tradycyjnie rozdmucha incydent, sugerując, że Australijczykowi się nie chciało.

Kyrgios poprzestał zatem jedynie na manifestowaniu kiepskiego samopoczucia; demonstrował irytację zachowaniem kibiców oraz rywala, jego zdaniem zbyt leniwego w ruchach między akcjami; w pewnym momencie zaserwował spod ramienia, uderzając piłkę lekko i chcąc posłać ją tuż za siatkę. To zagranie uchodzi dla niektórych za niegrzeczne (aczkolwiek w przypadku stojącego daleko za linią końcową Nadala ma sens), choć więc w tym przypadku kompletnie Australijczykowi nie wyszło, to Hiszpana krew zalała. O czym dowiedzieliśmy się po meczu, gdy Nadal, zazwyczaj patologicznie szarmancki dżentelmen, porwał się na absolutnie wyjątkową dla siebie krytykę rywala: „Nick mógłby wygrywać tytuły wielkoszlemowe, ale znamy powód, dla którego znajduje się tam, gdzie się znajduje. Nie szanuje ani publiczności, ani przeciwnika, ani samego siebie”.

Tenisowy gigant nie wytrzymał, bo Kyrgios przekroczył wszelkie granice bezczelności. Drugiego i trzeciego seta wygrał, w obu przypadkach po wojnie nerwów w tie-breakach, a przy okazji zdołał obronić trzy meczbole. Co więcej, na efektowny wzlot porwał się akurat wtedy, gdy spadł na swoje dno (72. pozycja w rankingu ATP) i wydawało się, że jako poważny sportowiec dogorywa.

Po wyeliminowaniu Nadala żegnały go gwizdy, ale skruchy nie było. Na konferencji prasowej Australijczyk nie zamierzał się z niczego tłumaczyć ani ripostować na komentarze pokonanego rywala, powtarzając tylko, że nikt nie ma prawa go oceniać, bo nikt nie wie, ile on, Kyrgios, w życiu przeszedł; że każdy człowiek jest inny; że każdy ma swój styl.

I już do końca turnieju trwał festiwal jego oryginalnych zagrywek. Australijczyk co rusz gadał do siebie i wchodził w nieprzyjazne interakcje z widownią, wyjaśniając między meczami, że gra lepiej, kiedy czuje wrogość tłumu, że złe emocje otoczenia go napędzają. W ćwierćfinale pokonał Stana Wawrinkę, w półfinale – Johna Isnera, w finale – Alexandra Zvereva. Po przeszło roku bez turniejowych zwycięstw wykosił za jednym zamachem dziewiątego, trzeciego oraz drugiego zawodnika globalnego rankingu.

Dokonał tego wszystkiego oczywiście bez trenera i sprecyzowanych taktycznych planów na mecze, grę urozmaicając czasem tylko z tego powodu, że się na korcie nudził, ewentualnie nie miał ochoty biegać. Miał dość długiej wymiany z głębi kortu, to odpowiadał drop shotem – jak sam zeznawał, niczego tu nie nadinterpretuję.

Kyrgios znów wszystkich zaskoczył, ponieważ ostatnie miesiące poświęcił głównie na konsultacje psychologiczne, zresztą z jego zwierzeń wielokrotnie wynikało również, że jeśli nawet nie choruje na depresję, to miewa stany depresyjne. Intrygująca postać. Po zwycięskim finale przekonywał, że miniony tydzień może otworzyć zupełnie nowy rozdział w jego sportowym życiu, a zarazem przyznał, że wciąż nie umie powstrzymać się przed zachowaniami niedopuszczalnymi dla graczy ze światowej czołówki. Jak tuż przed decydującym starciem ze Zverevem, gdy pognał nad ocean, żeby poszaleć na wodnym skuterze.

On też, jak Federer, obchodził w weekend jubileusz, tylko mniejszy. Wygrał piąty turniej w karierze. W rankingu ATP poprawi się o kilkadziesiąt miejsc, a ponieważ skończył ledwie 23 lata, wciąż wypada dostrzegać w nim gracza przyszłościowego. Jeszcze niejedna publiczność przeraźliwie go wygwiżdże, a może nawet nagrodzi owacją na stojąco.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s