Hatakumba wszech czasów. Plebiscyt

Ponieważ wynik w Wiedniu – przecież nie poziom gry – wprawił nas w szampański nastrój, a na Stadion Narodowy nadciąga reprezentacja Łotwy, która wielkimi kulfonami zapisała się w annałach nadwiślańskiego futbolu, to wypada wreszcie ustalić kwestię fundamentalną. Uhonorować mecz będący największym obciachem w historii reprezentacji Polski. Obciachem, wtopą czy hatakumbą – co kto sobie ze życzy, nomenklatura jest tu drugorzędna.

Codzienność to rozgrywki klubowe, więc zazwyczaj rodzimi herosi boisk gonią za kuriozalnymi klęskami, oddają się temu z pasją rozmaite Legie, Lechy czy Jagiellonie – ogłaszałem już na blogu, że dzięki nim trwa epoka wielkich odkryć geograficznych. Szukamy nieznanych ludów, z którymi nasi jeszcze nigdy nie przegrali, żeby z nimi wreszcie przegrać, co ma niebagatelny walor edukacyjny, zachęca mianowicie ludzi do studiowania atlasów, żonglowania globusem i generalnie poszerzania horyzontów.

Obciachy w europejskich pucharach już jednak mniej więcej zhierarchizowaliśmy, a w obciachach reprezentacyjnych panuje rozgardiasz. Dlatego właśnie proponuję wybrać lidera. Maszynkę do głosowania znajdziecie pod tekstem, ja tylko zaproponuję kandydatury, które wprawdzie wyselekcjonowałem sam, ale wierzę, że zostaną uznane za nieprzesadnie kontrowersyjne. Zastrzeżenie: obejmują tylko moje kibicowskie życie, wcześniej w futbolu nie było jeszcze słabych, więc żadna porażka nie przynosiła wstydu.

Reprezentacyjne gnioty podaję w kolejności chronologicznej, z autorskim komentarzykiem.

1) Polska – Cypr 0:0, zdecydowany lider lat 80. W 1987 roku, czyli mniej więcej w połowie podstawówki, Cypryjczycy byli dla mnie ludem zupełnie nieznanym. Być może nawet, choć pewności nie mam, dzięki meczowi w Gdańsku w ogóle dowiedziałem się o ich istnieniu. Trwały eliminacje mistrzostw Europy, kadrę prowadził selekcjoner Wojciech Łazarek, ze spokojem oczekiwałem miażdżącego zwycięstwa, życzyłem sobie nawet, by się nasi zlitowali i nie skrzywdzili egzotycznych gości dwucyfrówką. Powiewający na trybunach transparent z wynikiem 9:0 odbierałem jako trzeźwą ocenę sytuacji, nie marzenia ściętych głów. A potem dostałem po łbie bezbramkowym knotem. Połknąłem swoje pierwsze szokujące 0:0.

Cypryjczycy smakowali triumf niezwykły, wywalczyli historyczny – pierwszy! – punkt w wyjazdowym meczu eliminacji do czegokolwiek. Ja długo dochodziłem do siebie, moje przeświadczenie, że z pewnymi rywalami Polacy wygrywać będą zawsze, umarło wraz z ostatnim spartaczonym zagraniem Jacka Bayera, zaliczającego – to najwłaściwsze słowo – swój jedyny występ w reprezentacji. Utraciłem niewinność, poznałem smak okrucieństwa sportu. Trener Łazarek po latach wspominał tamten remis na swój powszechnie znany, poetycki sposób: „A potem wszystko się rozeszło. Jak mendy po jajach”.

2) Polska – San Marino 1:0, zdecydowany lider lat 90. Obciach z 1993 r. jest o tyle specyficzny, że zwycięski, ale po meczu płonęliśmy z zażenowania, wstydu nawet, z powodu okoliczności. Amatorską drużynę, która na stadionie Widzewa mężnie się broniła i utrzymywała sprawiedliwy bezbramkowy remis, Polacy skrzywdzili w sposób sadystycznie kryminalny, bo na kwadrans przed końcem ręką wepchnął jej gola Jan Furtok. Gdybym nie bał się łagru za szkalowanie narodu polskiego, krzyknąłbym, że to najbardziej haniebny ruch kończyną górną nie tylko w dziejach naszego piłkarstwa, lecz w całych dziejach Rzeczypospolitej. Zwłaszcza że Sanmaryńczyków (uciułaliby pierwszy eliminacyjny punkt, jak wcześniej Cypr!) maltretujemy od zawsze, pod polskie korki wpadają oni w losowaniach częściej niż pod jakiegokolwiek inne – jesteśmy ich Anglią, ich Niemcami, wieloosobowym szwadronem od seansów tortur.

Dopisek na marginesie: palce maczał w tym wszystkim obecny selekcjoner Jerzy Brzęczek, wtedy główny rozgrywający reprezentacji.

3) Polska – Łotwa 0:1, zdecydowany lider poprzedniej dekady. I jedyna wśród wyróżnionych porażka. Podejmowaliśmy w 2002 r. maleńkich rywali w stolicy, tuż po powrocie na mundial i zarazem po powrocie z mundialu, który nie wyszedł naszym, prawda, ale mimo wszystko wybieraliśmy się na tamten turniej z planem skoku na złoto. Ewidentnie wstali polscy futboliści z kolan, interesowały ich wyłącznie pułapy medalowe. I co? Padli od niewydarzonych kopaczy, którzy powinni przepraszać, że żyją, mających w składzie legendarnego zawodnika Stolcersa. Aha, proszę mi tylko nie wygadywać, że Łotysze rośli wówczas na supermocarstwo, bo prześlizgnęli się potem przez baraże i zadebiutowali na mistrzostwach Europy. To tylko zmienia kwalifikację czynu Polaków, zwykła zbrodnia staje się zbrodnią przeciw ludzkości, toż natchnęliśmy patałachów, wyciągnęliśmy ich za uszy, zakłóciliśmy harmonię świata.

Dopisek na marginesie: patronowała warszawskiej kompromitacji kolejna prominentna dzisiaj osobistość, czyli Zbigniew Boniek – wówczas trener kadry narodowej.

4) Mołdawia – Polska 1:1, zdecydowany lider bieżącej dekady. Wspomnienia z powyższych meczów wyblakły, tymczasem wybryk z Kiszyniowa mamy jeszcze świeżo w pamięci i zdajemy sobie sprawę, że po ostatnim gwizdku gospodarze musieli rwać włosy z głów, że wydziergali marny punkcik. Ambaras polegał m.in. na obecności w składzie Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, którzy parę chwil wcześniej nastraszyli Bayern w finale Ligi Mistrzów (znów: w skandalu uczestniczyły persony do dzisiaj należące do najbardziej wpływowych w naszym futbolu). W ogóle działo się wtedy doniośle, bo wypad na Mołdawię (134. pozycja w rankingu FIFA) poprzedziło huczne żegnanie Jerzego Dudka przy okazji towarzyskich zmagań z Liechtensteinem w Krakowie, monumentalny duet stoperów tworzyli zawodnicy Komorowski i Salamon, a biało-czerwoną koszulkę ostatni raz zakładał (nie wiedząc o tym) Jakub Kosecki (syn Romana, który 20 lat wcześniej bezskutecznie oblegał San Marino).

To tyle, wysiadamy z wehikułu czasu, teraz głosowanie. Zapraszam też do dyskusji na forum, śmiałe korzystanie z wolności słowa i ewentualne przedstawienie kandydatur, które pominąłem. Opinie na poziomie gry naszych bohaterów w przywołanych meczach nagrodzę szczerym pomrukiem podziwu, autorzy najciekawszych muszą zadowolić się uczuciem satysfakcji, że znów błysnęli. Do dzieła!

39 myśli na temat “Hatakumba wszech czasów. Plebiscyt

  1. Mołdawia jest tu dodana trochę na siłę – i rywal nie taki słaby, i przebieg meczu pechowy.

    Z Łotwą problem jest taki, że oni potem weszli na ME i wypadli na nich całkiem przyzwoicie, więc takimi słabeuszami znów nie byli.

    Z lat 90. widziałbym w tym zestawie (D)ramat Gan (1:2 z Izraelem w 1994). Z lat 2000. – powitalny i pożegnalny mecz Beenhakkera, czyli 1:3 z Finlandią i 0:3 ze Słowenią. Rywale nie byli co prawda słabeuszami, tylko średniakami z dolnej półki – ale we wszystkich trzech przypadkach ograli nas dokumentnie i bezdyskusyjnie. I dla mnie bezdyskusyjna i zasłużona porażka ze słabym średniakiem jest bardziej kompromitująca niż remis z outsiderem, któremu udało się zamurować bramkę.

    Polubienie

  2. O nie. Nie zgadzam się z tak radykalnym obwołaniem zdecydowanym liderem poprzedniej dekady meczu Polska – Łotwa 0:1. Łotwa była nie do przełknięcia, ale przecież wtopą podobnego (w mojej ocenie: dużo większego) kalibru było Armenia – Polska 1:0. Z całym szacunkiem dla kadry Bońka, ale z Armenią przegrała reprezentacja Leo Beenhakkera, która „rozhuśtała nasze emocje jak żadna poprzednia”. Cytuję tu artykuł „Hamlet herosem sympatycznym” z 2007 r. (http://www.sport.pl/sport/1,65028,4214410.html), w którym niejaki Rafał Stec pisał o Armeńczykach, że „przy nich nawet Łotwa, kiedy wygrywała pięć lat temu z kadrą Zbigniewa Bońka, była wschodzącą potęgą”.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Ha, uwielbiam momenty, w których odkrywam, jak ulotne jest to, co się dzieje w moim łbie, i jak ewoluuje. Od tamtej pory Armenia kompletnie mi wywietrzała,a Łotwa – hohoho, wicelider po San Marino! Dzięki!

    Polubione przez 1 osoba

  4. Zadziwiające, ale ja tych katastrof nie pamiętam, a nie wyobrażam sobie, żebym ich nie oglądał. Czyżby działał mechanizm selektywnej pamięci, dzięki któremu zakopujemy bardzo głęboko to, przez co moglibyśmy totalnie ześwirować. Ten sam, dzięki któremu świetnie pamiętamy to, co czyni nas optymistami, co sprawiało nam frajdę i do dzisiaj na samo wspomnienie czujemy lekki dreszcz euforii.

    Do dzisiaj mogę np. bez względu na porę dnia i nocy rozpisać z imienia i nazwiska ustawienie składu wyjściowego naszej drużyny na MŚ 74, co pozwala mi śmiać się z twierdzeń, że od zawsze graliśmy w ustawieniu 4-4-2. I zawsze uaktywniają mi się szare komórki, jak słyszę przechwalających się byłych kopaczy, jakimi to wzorowymi mistrzami sportu byli na boisku i poza. Ale zapamiętać totalnie skopany mecz z autsajderami światowej piłki?! Ja już powoli nawet zapominam szczytowe nasze osiągnięcie na MŚ 18… – niski pressing.

    Dlatego pozostaje mi tylko uwierzyć Rafałowi, że jego typy są optymalne, ale wybranie największego obciachu przekracza moje możliwości. Z uwagą będę jednak śledził jego wyłanianie.

    Polubienie

  5. Z tych wymienionych to trauma dzieciństwa czyli 0:0 z Cyprem. Ale i wspomniane juz 1:2 z beznadziejnym wtedy Izraelem – w reprezentacyjnej koszulce biegal wtedy niejaki Maciejewski z GKS, a Szpakowski obraził się na kadrę (i szkoda po prawdzie że mu tak nie zostało).

    Do tego mocnym kandydatem jest również 1:3 z Finami. Był to kolejny popis Dudka oraz Głowackiego. Na szczęście w obu przypadkach niemal ostatni.

    A w 1985 strasznie zbil nas Meksyk. Co prawda to inny kaliber ale 0:5 nie powinno się było zdarzyć.

    Polubienie

  6. Dla mnie obciachem który wyjątkowo utknął mi w pamięci to 4 – 1 ze Słowacją w el. ME 1996r. Zupełny brak szacunku dla rywala, dwie czerwone kartki pod koniec. Żenada.

    Polubienie

  7. Jakbym miał zagłosować na jeden z tych czterech meczy, to zdecydowanie San Marino, bo to był mecz z totalnymi amatorami i gola ręką Furtoka pamiętam do dziś jako symbol upadku polskiej piłki. Do zestawienia dodałbym 0-5 z Japonia u siebie w 1996 roku za panowania trenera Stachurskiego. Niby mecz towarzyski, ale Japonia wtedy z piłką nożną zupełnie się nie kojarzyła, nie wiem czy ktokolwiek grał w Europie i dla mnie to był duży szok. Ogólnie czasy trenera Stachurskiego wspominam jako największą smutę.

    Polubienie

  8. Zagłosowałem na San Marino. Niestety pamiętam ten mecz. Przy nim wczorajsze podrygi to była symfonia futbolu. Wtedy nie dooglądałem do końca – bramkę Furtoka niestety widziałem – bo jechałem na trening. Dzisiaj bym skończył go oglądać po pierwszych 10 min. Sado- maso to nie moje klimaty.

    Polubienie

  9. Głosuję za Łotwą, ale myślę że jeśli o bieżącą dekadę chodzi, największym obciachem była jednak porażka z Estonią za Fornalika. Poddałbym pod rozwagę także 1:5 Janasa z Danią, i 0:6 Smudy z Hiszpanią.

    Polubienie

  10. Pewnie dlatego, że kadra Leo dała jednak nieco radości, awansowała na turniej, pomimo wpadek z Armenią czy, jak wtedy na gorąco ocenialiśmy, bo rywal punktów nazbierał, Finlandią.

    Słabo już pamiętam Armenię, ale w meczach za Bońka naprawdę pachniało katastrofą, i najgorszym było, iż Łotwa wówczas wcale zasłużyła na wygrana, bo była lepsza, a San Marino w sumie zasługiwało na lepszy wynik, niż przegrać 0:2.

    Polubienie

  11. Było też kiedyś 2-2 z Albanią w Mielcu, w el. Mexico’86.

    Wygrywają raczej te traumatyczne męczarnie łódzkie z San Marino, Łotwa 2002-2004 rzeczywiście miała wzlot wszech czasów, w barażach o Euro ograła medalistę MŚ, a na samym Euro miała remis z Niemcami.

    W moim prywatnym rankingu jest też eliminacyjny remis 0-0 z Azerbejdżanem – wówczas amatorskim i kuriozalna sytuacja z Jackiem Zioberem, który nie chciał wejść na boisko…

    Poza tym start mundialu w Niemczech i 0-2 z Ekwadorem – przy biało-czerwonych trybunach w Gelsenkirchen. Jak sobie przypomnę te ich cholerne fotki strzelane komórkami podczas rozgrzewki… A potem totalna niemoc, spętane nogi i dziecinnie tracone gole z rywalem, którego kilka m-cy wcześniej na luzie ograli 3-0. Miała być łatwa grupa dla Niemiec i Polski, a wszystko tradycyjnie zes…ło się już na starcie.

    I jeszcze mecz z Austrią na ME 2008 – kolejne kuriozum. Osobiście nie pamiętam czegoś podobnego jak te pierwsze 20-25 minut, żeby na mistrzostwach jedna drużyna grała niczym o życie – a druga stała skamieniała, gapiąc się, jak bramkarz toczy pojedynki z rywalami. I jeszcze nie padł w tym czasie żaden gol!… Mocna kandydatura dla obciachu austriackiego.

    Polubienie

  12. Polska-Cypr nie widziałem, gdyż w tamtych czasach byłem odcięty od polskiej piłki.
    Polska-Łotwa było mocnym kopniakiem, ale per saldo potknięciem jakich wiele.
    Mołdawia podobnie.
    Natomiast wrażenie najgorsze zostało po tym San Marino, przynajmniej z tych możliwości które są.

    Polubienie

  13. Na transparentach kibice powypisywali „10-0”, a potem już tylko burczeli i zaczynali kibicować SM. Pamiętam jak po ręce Furtoka były kolega Bońka z Juventusu, Bonini bil sędziemu brawo 🙂

    Polubienie

  14. Właśnie kończy się sezon. Sezon udany. Dzisiaj zdobyliśmy Puchar Narodów. Oglądając miałem refleksję czy za parę lat będziemy pamiętali o wpadkach, które przecież też były?
    A pamięć podziwiam. Śledząc wypowiedzi mi też coś tam się „odklapkowuje”.

    Polubienie

  15. ” 0-5 z Japonia u siebie w 1996 roku za panowania trenera Stachurskiego.”

    Taaa, wynik tak kosmicznie od czapy, że na kilometr pachnie ustawką u buków. Aczkolwiek meczu nie pamiętam, więc może to tak nie wyglądało, mówię na podstawie samego wyniku u siebie z takim przeciwnikiem (no i mecz o nic).

    Polubienie

  16. Zaraz po tej pamiętnej porażce z Łotwą myślałem, że to najgorszy dzień w historii polskiej piłki.
    Czas pokazał, że mieliśmy pecha trafiając na najsilniejszą reprezentację w historii łotewskiej piłki (awans na Euro, remis z wicemistrzami świata Niemcami, długo prowadzili z medalistami turnieju Czechami). Męczarnie z San Marino przynoszą nam jednak chyba więcej wstydu. W eliminacjach do mundialu 2010 byli nawet rzut karny od objęcia prowadzenia. Zastanawiam się czy dożyję dnia kiedy urwą nam jakiś punkt.
    Przed chwilą Irlandia wymęczyła skromne 1:0 z Gibraltarem. Najlepszych komentarzem do tego wyniku niech będzie pytanie mojej żony: „strzeliła coś w końcu Irlandia temu Guadelupe?”

    Polubienie

  17. A nie mogłeś oglądać Hiszpanów z Wikingami? Przyjemnie było patrzyć jak ich postraszyła drużyna słabsza. Skończyło się na 2:1.

    Polubienie

  18. Nie twierdzę, że grał, tylko, że nie chciał wejść na boisko. I to było moim zdaniem w meczu z Azerami w Trabzonie. Spróbuję gdzieś znaleźć, kto tam wtedy był w rezerwie, a jeśli się mylę i to było inny mecz, to sorry.

    Polubienie

  19. Ale się wyrównana grupa robi. Właśnie Israel „gromi” do przerwy Austrię (2:1). Jakby wieczorne mecze miały być równie interesujące, to eliminacje mogą być bardzo emocjonujące.

    Polubienie

  20. Na razie to raczej nieludzko meczące (patrz: Warszawa). Męczarnia X 2 – bo jeszcze komentarz…
    Ktoś może liczy, ile już razy Nasz Ulubiony Sprawozdawca wyrzekł to swoje nieznośne: „Może teraz”?
    Jeszcze do pary znów dali mu tego arcynudziarza bardziej niż na meczu skupionego na elokwencji.

    Polubienie

  21. Fakt. Zęby bolały od oglądania i to prawie przez cały mecz. Nie potrafimy kilkoma szybkimi podaniami wyjść do przodu. Mści się 5 lat grania w piłkę bez piłki.
    P.S.
    A ta grupa wbrew marzycielom może się jeszcze okazać naprawdę trudna.

    Polubienie

  22. 0:5 z Japonią jest mocną kandydaturą. Ale to jednak mecz towarzyski …

    0:0 z Cyprem oglądałem na żywo na Traugutta. To był mecz słabiutki ale to nie był obciach. Pamiętam (to zalety wciągania meczu żywcem) okrzyki do naszego bramkarza Kazimierskiego „Jacek, idź po futro !”. Stał bezrobotny na 16-ce i tylko patrzył na bezradność kolegów i rozgrzewał się gimnastykując …

    @antropoid
    Nasz Ulubiony Sprawozdawca to D.Sz. jak podejrzewam.
    Pewnie nie miałeś wyboru. Na Polsatsporcie Borek z Wichniarkiem w normie, choć Borek z wiekiem solidnie się zmanierował …

    Polubienie

  23. Tej stacji nie mam, ale już wolałby Borka.
    Nie wiem, co się z tym Szpakiem z wiekiem stało, bo kiedyś aż tak irytujący nie był.
    W ogóle w TVP jest z tym bardzo kiepsko, a istnym dramatem jest komentowanie skoków.

    Polubienie

  24. Można Borkowi zarzucać to i owo, ale samo nawet porównywanie go z p. Darkiem jest wg mnie kompletnym nieporozumieniem… Szpakowski ma tylko i wyłącznie głos. Pomijam wszystkie jego irytujące inklinacje do podsumowywania meczów na 20. minut przed ich zakończeniem, czy wieczne odliczanie czasu do końca meczu, od samego jego początku, ale szczytem wszystkiego jest, że on nie rozpoznaje wielu nawet najlepszych piłkarzy świata… Kiedyś pomylił Didę chyba z Seedorfem (!)… (w każdym razie mulata z murzynem)

    Co do obciachu, to chyba rzeczywiście to z SM, to było wyjątkowo żenujące, ale z czasem raczej zwycięstwa się gloryfikuje, a porażek aż tak nie roztrząsa i wydaje mi się, że remis z Cyprem zasługuje na więcej słów politowania

    Polubienie

  25. Pamiętam jak Darek Szpakowski przeszedł z radia do telewizji… – to była pozytywna rewolucja. Był okres rozwoju, stabilizacji, a później jak to w życiu bywa i nikogo nie omija, przyszedł zjazd. Problem w tym, że samemu trudno tą fazę zauważyć.
    P.S.
    Hmm. Cypr?! – A niektórzy nasi zasłużeni piłkarze z dumą eksponują w swoim c.v. okres gry w lidze cypryjskiej.

    Polubienie

  26. Z taką kopaniną jak obecnie, trafimy na lepszego rywala od Austrii, czy Łotwy (lub podobnego – który będzie miał lepszy dzień) i może być nowy mecz-kandydat do obciachu wszech czasów.
    Dalej nie ma gry, w środku pola straszy wielka pustka, punkty przynoszą indywidualne przebłyski.
    Jeśli Brzęczek ma jakiś pomysł na reprezentację, to jeszcze się nim nie pochwalił.

    Polubienie

  27. Ma pomysł – przegląda internet codziennie przez kilka dni przed meczem, czyta co mają do powiedzenia co bardziej znani eksperci i „eksperci”, sumuje, dzieli przez ilość głosów, do tego co mu wyjdzie dokłada kilku ulubieńców i voila – efekt widzimy na boisku 🙂

    Polubienie

  28. Z lat 80. pamiętam tylko drugą połowę, ale chyba większym obciachem było dla mnie 1-3 z Czechosłowacją, rok chyba 87. Z lat 90. zdecydowanie 0-5 z Japonią. W nowym wieku rządzi 0-3 ze Słowenią, a z aktualnej dekady 0-6 z Hiszpanią.

    Polubienie

  29. Ręka Boga z San Marino zdecydowanie z przodu.
    Czy ktos może mnie oświecić czemu zawodnik Milik, czołowy strzelec i gwiazda wicelidera Serie A nie jest w stanie zagrać dobrego meczu w kadrze? Jestże to wina kolejnych selekcjonerów? Bo indywidualnej jakości z przodu tej drużynie nie brakuje.
    PS. Zielu jest imponujący z piłką przy nodze. Nawet na tle drwali z Łotwy.

    Polubienie

  30. Swój głos oddałam na mecz z Mołdawią z 2013 roku. Drużyna w składzie z dwoma piłkarzami, którzy chwilę wcześniej zagrali w finale Champions League stworzyła produkt meczopodobny.
    W tym miejscu można jeszcze wspomnieć o porażce z Ukrainą z tego samego roku na Narodowym- 0:2 po 7 minutach!
    P.S. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w meczu z Austrią na Praterze nie zagrał w biało-czerwonych barwach żaden piłkarz z ligi polskiej. Nawet jako rezerwowy w ostatnich minutach.
    Możemy już niedługo doczekać się sytuacji, w której powołania na piłkarską reprezentację Polski nie dostanie żaden piłkarz z ligi polskiej. To byłaby pierwsza taka sytuacja w historii.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s