Finał z duszą

Tysiąc razy słyszałem pytanie, jakim cudem pięć minut po ostatnim gwizdku w internecie publikują moją korespondencję z meczu – z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, wszystko mniej więcej jak trzeba, nawet jeśli gol padł w ostatniej akcji.

Przecudna okazja, żeby odpowiedzieć zbiorczo (choć to sprawność nic szczególnego, każdy dziennikarz od opisywania fikołków umie), na przykładzie dzisiejszego półfinalu Ligi Mistrzów, w którym piłkarze Tottenhamu pobili Ajax, choć przegrywali 0:2. Do gazety niczego akurat nie pisałem, ale zamierzałem nablogować (o całym finale generalnie). To nie to samo, a jednak trochę podobnie.

W przerwie założyłem – lekkowpółwstępnie, inaczej doświadczony pożeracz półfinałowych widowisk nie zakłada – że amsterdamczycy raczej awansują, więc wstukałem, po pokojarzeniu faktów z pierwszej połowy, niniejsze akapity. Tak planowałem zacząć:

Byli kolegami z jednej szatni, kopali dla Southampton. Piłkarze jakich wielu. Ostatni wspólny mecz rozegrali tam w grudniu 2017 roku. Kto wymyśliłby wówczas, że kilkanaście miesięcy później zagrają przeciw sobie w finale Ligi Mistrzów? Że fundamentalnie zasłużą się na boisku dla awansu swoich drużyn? Że Virgil van Dijk będzie w Liverpoolu jednoosobową fortecą, że Dusan Tadić w barwach Ajaxu wyrośnie na machinę oblężniczą, na napastnika ustępującego liczbą goli i asyst tylko Messiemu?

Co więcej, nie ma tutaj mowy o wyłonieniu finalistów, których klasę ktokolwiek by kwestionował. Liverpool wyrzucił Barcelonę, Ajax rozprawił się z Realem Madryt. Obalone zostały największe potęgi, choć przed rewanżami obaj pretendenci zdawali się być w sytuacji beznadziejnej – jedni oberwali 0:3, drudzy przegrali 1:2 u siebie. Imponująca demonstracja mocy.

Przypominam: to nie była gazetowa relacja, ergo nie byłem zobowiązany podawać wszystkich faktów, ergo postanowiłem (niezbyt oryginalnie) ogłosić nadciągający finał romantycznym, dla mnóstwa bezstronnych kibiców wyśnionym. Wstukiwałem zatem:

Gdyby przesłuchać kibiców na okoliczność wstrętnych im zjawisk w nowoczesnym futbolu na najwyższym poziomie, wymieniliby jednogłośnie: inwazję na kluby sponsorów podejrzanej reputacji; przeobrażanie ich w globalne korporacje, które niczym się od siebie nie różnią; wyrzucanie nieprzyzwoicie wysokich gór szmalu na transfery; masowe skupywanie gwiazd. Zaraza dotycząca i tradycyjnych potęg jak Barcelona czy Real Madryt, i wyciąganych z przeciętności dorobkiewiczów jak Manchester City czy Paris Saint-Germain. Kryje się za tym sprzeciwem niewypowiedziane, często również podświadome – a nawet irracjonalne – oczekiwanie, że piłka nożna będzie lepsza niż reszta świata. Wszystkie dziedziny życia na potęgę komercjalizują się i globalizują, tylko nasza ukochana gra zachowa niewinność.

Nade wszystko jednak nie przepadamy za drogą na skróty. Mocniej – potępiamy ją. Wczoraj drużyna znaczyła mniej niż zero, dzisiaj kupiła pięciu najlepszych dostępnych graczy, jutro podniesie trofeum. Banda najemników wykonała robotę. Brrr.

Dlatego Liverpool i Ajax Amsterdam tworzą duet wymarzony, w pewnym sensie wyjęty z innej epoki. Oczywiście również wydają mnóstwo pieniędzy (zwłaszcza wyspiarze), również działają jak normalne przedsiębiorstwa, również chcieliby wyeksportować swoją popularność na drugi koniec świata – inaczej się nie da, w wiosennych rundach Ligi Mistrzów już nigdy nie uświadczymy nikogo, kto polegałby na czystym entuzjazmie i namiętności do futbolu. W tym wszystkim nie ginie jednak wyrazista tożsamość, idea, przywiązanie do tradycji widoczne zarówno w lwiej grzywie Jürgena Kloppa, jak i zwrotowi ku przeszłości w Amsterdamie.

Odruchowo nadajemy Liverpoolowi oraz Ajaxowi twarze grających tam chłopaków z sąsiedztwa. Trenta Alexandra-Arnolda, którego najstarszym kibicowskim prawspomnieniem jest widok odkrytego autobusu z piłkarzami Liverpoolu fetującymi triumf w Lidze Mistrzów w 2005 roku, a także Donny’ego van de Beeka, który jako przedszkolak zasiadał na trybunach Ajaxu z ojcem, i małoletniego kapitana Matthijsa de Ligta, który rozpoczął w tym klubie treningi na początku podstawówki. Ale przecież nie o wychowanków chodzi. W każdym razie – nie tylko o wychowanków. Ważne, by drużynę budować wysiłkiem rozciągniętym w czasie, cierpliwie i metodycznie, dzięki pomysłowi bardziej wyrafinowanemu niż zasypywanie rynku transferowego tonami mamony.

Dlatego jeśli już podróżujemy po Liverpoolu i Amsterdamie wehikułem czasu, zatrzymajmy się też tamtego grudniowego popołudnia, gdy van Dijka i Tadicia dzielił od szczytów Ligi Mistrzów dystans zmierzający ku nieskończoności. Obaj byli już dojrzałymi graczami, mało kto – może nikt? – spodziewał się, że zdążą jeszcze wychyną z niebytu. Wychynęli. Rozpoznawalni stali się w wieku 28 i 32 lat…

Przerwałem z oczywistych względów. Dalej miało być o Jürgenie Kloppie, który owszem, dowodzi piłkarzami drogimi, ale wybiera nieoczywistych, ze średnich klubów, potem tych piłkarzy stwarza, stwarza właściwie cały świat, naturalnie na swojej wizji podobieństwo. I o Ajaxie, który również tworzył autorskie, inspirujące dzieło. O finale, w którym zagrają drużyny z duszą. O wszystkich nieprawdopodobieństwach, które poprzedziły ich sukces, pozwalały im wracać między żywych z zaświatów, wywoływały grzmoty w klatkach piersiowych kibiców.

Gdybym spisywał tekst do gazety, musiałbym mnóstwo zdań zmodyfikować lub powycinać i zastąpić innymi. Ale tym razem byłoby stosunkowo łatwo. Przyjrzyjmy się: Tottenham nie jest Ajaxem, ale bez większej publicystycznej ekwilibrystyki – pomimo przychodów czyniących go 10. najbogatszą futbolową firmą globu – mieści się w tej samej opowieści o drużynie innej niż standard późnych faz Ligi Mistrzów, budzącej podziw każdego entuzjasty futbolu, bez względu na jego wyznanie, pardon, barwy.

Emocje wyzwalała skrajne, wielokrotnie wychodząc ze stanu sportowej śmierci klinicznej – w fazie grupowej (jeden punkt na półmetku!), w dreszczowcu z Manchesterem City, wreszcie w półfinale w Amsterdamie (poleciała tam po dziewięciu porażkach w dziesięciu meczach wyjazdowych!). Nie złamały jej żadne przeciwności losu – jak Liverpool musiał oddychać bez Mohammeda Salaha i Roberto Firmino, tak londyńczycy musieli odpędzić od siebie tęsknotę za Harrym Kane’em. Wierzył w piłkarzy trener zasługujący na pomnik niezależnie od liczby wykutych medali – Klopp kontra Pochettino, ależ godni siebie przeciwnicy. Zasłonił wszystkich bohater obowiązkowo przypadkowy, działający jeszcze spektakularniej niż rezerwowi herosi liverpoolscy – Lucas Moura (odrzucowy przez katarskie PSG, tam wolą Neymara), czyli ostatni piłkarz wzięty do Tottenhamu z zewnątrz.

Właśnie, transfery. Londyńczycy nie przeprowadzili przed sezonem żadnego, choć mieli w szatni tłum zawodników wycieńczonych mundialem. To jak z van Dijkiem i Tadiciem – kto uwierzyłby, że w Lidze Mistrzów może zaszaleć zespół, który nie kupi nikogo?! Co oczywiście odsuwam na margines. Przecież nie tylko z tego powodu finał Ligi Mistrzów będący wewnątrzną rozgrywką angielską – z udziałem przedstawicieli ligi obrzydliwie bogatej, najbogatszej – wciąż zasługuje na miano finału z duszą.

Dlatego tytułu też nie musiałem w 96. minucie zmieniać.

12 myśli na temat “Finał z duszą

  1. Ojej, ale ładny tekst. Niby o pracy, znaczy że o czymś innym niż zwykle, i przez to sam w sobie ciekawy, ale i tak posiadający swoje sportowe ad remy. Dał mi bardzo miło spędzone kilka minut. Dziękuję.

    Polubienie

  2. Wymarzony finał. Ajax jeszcze nie odpokutował finału z 1995 roku (jedyna metoda odpokutowania to ta której doświadczył Liverpool za finał w 2005 – przegrać w finale w 2007) więc oczywiście kibicowałem Tottenhamowi i angielskiemu finałowi 🙂

    Polubienie

  3. @TED360
    Zmiłuj się nad Kloppem. Przegrał w Londynie, Bazylei i Kijowie. Niech wreszcie wygra, bo inaczej czeka go rychła praca w Turynie.

    Polubienie

  4. @Rafał
    Myślałem, że szkielet powstaje jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Podobnie jak szkielet dyskusji panelowej czy treningu zadaniowego/decyzyjnego, który w trakcie jest korygowany przez moderatora, a wnioski/opinie ostatecznego kształtu nabierają po jej zakończeniu. Ale sądząc po owocach Twoja metoda jest równie dobra.

    Polubienie

  5. Fajny wpis. Garść króciutkich refleksji ode mnie:

    Oczywiście opowieść o Ajaksie i Tottenhamie ma punkty zbieżne, ale – przepraszam i za „mędrkowanie” oraz te przyciężkawe moje metafory – Tottenham to zupełnie co innego. Pisałem wcześniej po meczu z City, że Tottenham jest bohaterem zmęczonym, który pomimo trudności przeciwstawia się napotykanym trudnościom, a one go nie łamią. Jest postacią z granicy smugi cienia, wyjętym z Hemingwaya.

    Dalej – po nokaucie na Vertonhenie w pierwszym meczu z Amsterdamczykami – zobaczyłem Rocky’ego z pierwszego filmu, który (pomimo śmichów chichów publiczności) postanawia powalczyć o swoją szansę i staje do ringu z rozpędzonym mistrzem, żeby w rewanżu – czyli części drugiej – powalić pięknego Apollo Creeda, Tutaj skojarzenie jest trudniejsze, bo stary Creed nie Ajax, Ajax jest przecież bardziej jak młody Creed.

    Ostatecznie bliżej mi do Tottenhamu.

    Chaotycznie mi to idzie. Przechodząc z kolei wczoraj obok swojego liceum zabrzmiało mi w głowie, że człowiek myślał, że całe życie będzie Liverpoolem. Potem się okazuje, że w kontynuacji tego krótkiego opowiadania trzeba – i warto – być Tottenhamem,

    Polubienie

  6. @Rafał
    „…Liga Mistrzów – w pewnym momencie dryfowała w kierunku nużącej nieprzewidywalności – staje się coraz bardziej ekscytująca”.
    Dzięki za kolejny felieton na Wyborczej po półfinałach, ale jeżeli dobrze go czytam, powinno być chyba „w kierunku nużącej przewidywalności”?

    Polubienie

  7. Wprawdzie spekulowałem o 3 angielskich drużynach w półfinale LM, ale 4 drużyny w finałach europejskich pucharów to przesada. Nawet jeżeli się uwzględni fakt, ze piłka narodziła się na Wyspach po rozwodzie z rugby.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s