Metafizyka Ligi Mistrzów

Przyłapałem się na tym, że ostatnio co sezon wykrzykuję, wielokrotnie i zawsze w uniesieniu, że trwa najcudowniejsza Liga Mistrzów w historii. Nie wiem, czy to prawda, czy rozgrywki istotnie rok w rok pięknieją, pewnie mielibyśmy nawet kłopot z uzgodnieniem kryteriów, według których można by je zhierarchizować. Ale wiem, że to moja wewnętrzna prawda – ciągle przeżywam Ligę Mistrzów właśnie jako najcudowniejszą w historii.

Dzisiejszy finał nie miał już wobec mnie, łaknącego wzruszeń kibica, żadnych zobowiązań. Mógł przebiegać przewidywalnie, zakończyć się wyraźnym zwycięstwem jednej ze stron – zazwyczaj tak się ostatnio dzieje, zjawiska ekstremalne obserwujemy we wcześniejszych rundach. I rzeczywiście, w Madrycie wreszcie obejrzeliśmy nawet nie mecz jakich wiele, lecz męczącego gniota, zwłaszcza do przerwy piłkarze manewrowali nieporadnie, demonstrując porażającą niechlujność podań (w pewnym momencie mieliśmy najniższy odsetek celnych w całej edycji rozgrywek!). A jeszcze wieczór zapaskudził nieszczęsny rzut karny podyktowany w pół mgnienia oka po inauguracyjnym gwizdku…Okropność. Ostatecznie wygrali piłkarze lepsi na dystansie całego sezonu, przypominając, że różnicę między nimi a rywalami wyznacza raczej 26 punktów dzielących Liverpool od Tottenhamu w tabeli ligi angielskiej niż spotkanie w finale Ligi Mistrzów, sugerujące przecież sportową równowagę. Nie było łez szczęścia klęczącego Mauricio Pochettino (niezapomniana, ikoniczna scena z półfinału w Amsterdamie), była rozradowana szczęka Jürgena Kloppa, właściciela najsympatyczniejszego znanego mi rechotu w świecie futbolu. Nie było kolejnej ekstazy Lucasa Moury, czyli niespodziewanego strzelca wszystkich czterech najważniejszych goli sezonu dla Tottenhamu (jednego wbił Barcelonie, trzy Ajaxowi), lecz odlot Divocka Origiego, czyli bohatera ze wszech miar spodziewanego – w Liverpoolu każdego gracza w każdej chwili należy podejrzewać, że za chwilę przejdzie samego siebie, zwłaszcza takiego jak Belg. On idealnie pasuje do krajobrazu, w końcu rok temu o tej samej porze bił się o utrzymanie w Bundeslidze z Holsteinem Kilonia.

W trakcie meczu powtarzałem sobie, że nieważny finał, ważna droga do finału. A ta była podróżą, jakiej nie wybłagalibyśmy u dżina ulatniającego się z zaczarowanej lampy – bo zabrakłoby wyobraźni, i jemu, i nam. Podróżą odbywaną zresztą już, jako się wyżej rzekło, co sezon, ponieważ metafizyka Ligi Mistrzów regularnie zasysa nas w inny wymiar, te rozgrywki ewidentnie zmierzają ku pozbyciu się elementów z tej ziemi, prozę życia wypychają poza stadion, ewentualnie na stadiony wypełnione rozgrywkami mniej szlachetnymi.

Nie do końca wiadomo, kto zaczął, kto pierwszy uwierzył, że niemożliwe nie istnieje, ba, że jest wręcz bliskoznaczne słowu „prawdopodobne”, ale triumfalne wracanie z zaświatów – pomimo przegrywania wielobramkowego – oglądamy zbyt często, by nadal wierzyć, że to przypadek. Nie, piłkarze wzajemnie się inspirują i nakręcają, skoro tamtym się udało, to dlaczego nie nam, zawsze oczekuj nieoczekiwanego, pamiętaj, że szczególnie często wydarza się to, co na zewnątrz, poza planetą Champions League, uchodzi za nierealne. A może jednak wiadomo, kto zaczął, czy przynajmniej – kiedy się zaczęło? Może dziennikarska rzetelność nakazuje wręcz podać dokładną datę, by w podręcznikach historii stało napisane, jak doszło do przełomu? Wszak wszyscy pamiętamy, że słynnego 8 marca 2017 roku Barcelona, która wcześniej wróciła z Paryża z klęską 0:4, zareagowała kanonadą dającą niesłychane, absolutnie bezprecedensowe zwycięstwo 6:1. I już nazajutrz natchnieni piłkarze Monaco wzięli skuteczny odwet na supermocarstwie Manchesteru City, choć na wyjeździe przyjęli aż pięć goli.

Obie watahy mścicieli awansowały wtedy do ćwierćfinału, pomimo to żadna nie dotrwała – na takim dopalaczu! – do finału, od tamtej pory nic nie było takie samo. Ba, metafizyczne poczucie dziwności istnienia – kradnę tę zbitkę słów Witkacemu – tylko eskalowało. Następnej wiosny czasoprzestrzeń wyginali piłkarze Juve, którzy po 0:3 z Realem na sekundy przed końcem prowadzili w Madrycie 3:0 (padli po rzucie karnym i czerwonej kartce dla Gianluigiego Buffona), oraz niedocenianej Romy, którzy na 1:4 w Barcelonie odpowiedzieli w rewanżu szokującym 3:0. W minionych miesiącach wiary wbrew zdrowemu rozsądkowi nie straciły ani Juventus (po porażce 0:2 rozbił Atlético 3:0), ani Ajax (po 1:2 u siebie z Realem zniszczył go w Madrycie 4:1), ani Manchester United (wykopał PSG pomimo porażki 0:2 na własnym stadionie), aż wreszcie wszystkich przelicytowały Liverpool oraz Tottenham. Piłkarze Jürgena Kloppa roznieśli na strzępy Barcelonę, choć najpierw oberwali od niej 0:3 – i zakończyli awanturę golem fascynującym, trochę podwórkowym, a trochę wyrafinowanym – natomiast podwładni Mauricio Pochettino zdobywali Amsterdam, choć po 135 minutach batalii również przegrywali 0:3 – i wykończyli Ajax golem wturlanym chyba siłą woli w ostatnich sekundach 96 minuty, w ostatniej akcji, wykutej na ostatnim oddechu. Doprawdy, baśnie tysiąca i jednej nocy dzieją się w Lidze Mistrzów, właściwie trudno sobie wyobrazić, jak moglibyśmy wykrzywić kosmos bardziej. Odrabiać straty dwucyfrowe? Wsadzać w doliczonym czasie nie gola, lecz cały wór goli? Miażdżącą większość tego tekstu spisywałem przed meczem, po obejrzeniu powtórek z przywołanych opowieści niesamowitych, i znów nie umiem uwierzyć, że to wszystko było naprawdę.

Skład madryckiego finału był zatem nieubłaganie logiczny – przylecieli nań ci, którzy najefektowniej zadrwili sobie z logiki, czy raczej, uściślając, unieważnili logikę klasyczną, opartą na naszych przyzwyczajeniach, i zadziałali według logiki nieklasycznej, obowiązującej od marca 2017 roku w Champions League. Jej podstawowe zasady brzmią: każdego piłkarza obowiązuje patologiczna niezdolność do zaakceptowania porażki, na boisku nikt nigdy nie kontroluje sytuacji całkowicie, nie istnieje rozmiar prowadzenia gwarantujący sukces, istnieje wyłącznie prowadzenie usypiające czujność, szczególnie niebezpieczne jest objęcie prowadzenia zbyt wysokiego. Bohaterowie Liverpoolu oraz Tottenhamu umierali tylekroć, że do Madrytu powinni zlecieć jako zombie. Ale nie, oni mieli nieskończoną liczbę żyć, grali na gwarantujących nieśmiertelność tajnych kodach. Dzisiaj znów stanął mi przed oczami Arkadiusz Milik, który jesienią miał wiosnę w Lidze Mistrzów na wyciągnięcie nogi, ale nie wykorzystał wspaniałej okazji strzeleckiej w doliczonym czasie gry – gdyby nie przegrał pojedynku oko w oko z Alissonem, Liverpool przepadłby już wtedy; fruwał mi też przed oczami gol Lucasa Moury wbity zrelaksowanej już Barcelonie tego samego wieczoru, w niemal tej samej chwili – gdyby nie padł, Tottenham również by przepadł. Obaj finaliści walczyli o przetrwanie do ostatniej kolejki fazy grupowej, ba, fani obu umierali na zawał do ostatnich sekund.

I doprowadzili do decydującego starcia na madryckim Wanda Metropolitano, które nie mogło skończyć się źle. Skojarzyło rywali obdarowywanych bezbrzeżnym szacunkiem przez wszystkich kochających piłkę; drużyny będące żywą pochwałą cierpliwej i kolektywnej pracy u podstaw; kibiców rozkołysanych szczęściem autentycznie dziecięcym, bo niezdeprawowanych nieustającym kolekcjonowaniem tytułów, jak w Barcelonach czy Realach, gdzie wygrywania się od piłkarzy żąda; trenerów, którzy z pasją opowiadają o wartościach wyższych, niekoniecznie przeliczalnych na twardą walutę i trofea. Lubiłem słuchać przedmeczowych wypowiedzi. Lubiłem jak nigdy. Futbol zrobił się ostatnio technokratyczny i technologiczny, rozmowy o nim brzmią jak debaty o zwalczaniu kryzysu ekonomicznego lub właściwej reakcji na koniunkturę gospodarczą, obramowujemy go wykresami i diagramami, tymczasem uczestnicy tegorocznego finału odwoływali się wyłącznie do emocji. „Wygra ten, kto bardziej chce” – mówił Trent Alexander-Arnold; „Nie wierzę, że kwestie taktyczne będą miały znaczenie. My zamierzamy wnieść na boisko energię i pragnienie zwycięstwa” – ripostował Hugo Lloris; „Mogę tylko opisać swoje uczucia z kolejki na lotnisku w Kijowie [tam Liverpool przegrał ubiegłoroczny finał], a uczucia były takie, że po prostu wiedziałem, że wrócimy” – zwierzał się Jurgen Klopp, „Umysł to potęga, każdy z nas sam wyznacza granice swoich możliwości” – tłumaczył Mauricio Pochettino. Aż się chciało, żeby tym razem zatriumfowały obie strony, na zasadzie wyjątku, przecież takie odstępstwo od reguł gry harmonijnie komponowałoby się z metafizyką rozgrywek.

Wygląda więc na to, że domknęliśmy triadę. Najpierw Liga Mistrzów zaoferowała najwyższą jakość – poziom sportowy, jakiego nie znajdziemy w żadnym innym piłkarskim turnieju. Następnie zapłonęła najwyższymi emocjami – mieliśmy festiwal thrillerów podawanych w stężeniu, jakiego nie było w całych dziejach futbolu. Aż wreszcie przywróciła najwyższą kibicowską przyjemność – niespodzianki o skali niespotykanej od kilkunastu lat, sukcesy drużyn mniej cenionych i mniej zamożnych, cały tłum bohaterów pozytywnych. Dopiero bieżący sezon podarował wszystko, przeżycie totalne. Jeszcze niedawno zdarzało się nam stękać, że Champions League bywa nudna jak flaki z olejem, że zawsze kopią ci sami, że komerchą aż cuchnie, sport z multipleksu, nieautentyczny, no i ten szmal, zawsze brudny, ufajdany ropą, gazem albo innym Abramowiczem, jego bezmiar czyni zabawę coraz bardziej niedostępną dla każdego, kto nie pochodzi z pięciu najbogatszych państw Unii Europejskiej. Fenomenalny sezon oskarżeń nie obala, ale też słuszne zarzuty nie unieważnią konstatacji, że superrozgrywki osiągnęły szczytowy etap rozwoju. Kto wie, być może wyżej wzlecieć już nie sposób, może już nigdy nie westchniemy, że trwa najwspanialsza Liga Mistrzów w historii – choć gdybyście pytali, to ja wątpię.

Nie ma co się oszukiwać. Spektakl, który nam sprzedają, kupujemy, a potem wchłaniamy wszystkimi trzewiami. Jako dziennikarz sportowy miewałem wyrzuty sumienia albo przynajmniej wątpliwości, czy wypada przez całe życie zajmować się opisywaniem fikołków, gdy wokół jest tyle spraw ważniejszych, czy patrzenie, jak inni ganiają za piłką, nie powinno jednak być jedynie hobby, relaksem fundowanym sobie w nagrodę za pracę bardziej pożyteczną. A sytuacja się pogarsza, łapię się na tym, że tym bardziej uciekam w mecz, czyli przestrzeń z przejrzystymi regułami gry, im bardziej rzeczywistość rezygnuje z jakichkolwiek reguł gry i staje się nie do zniesienia. I codzienna kopana młócka już nie wystarcza, potrzebuję mocnych dawek, narkotyku z Ligi Mistrzów. Oni, piłkarze, też czują, że Liga Mistrzów jest ponad wszystko, widać to w każdym ich geście. Dostajesz mecz petardę, oglądasz ogłuszony, słyszysz wyłącznie własne myśli – Liga Mistrzów jest najpiękniejszym prezentem, jakim obdarowano kibica, Liga Mistrzów to najlepszy futbol, jaki się wydarzył, niech Liga Mistrzów trwa wiecznie. Kilkanaście godzin przed finałem Leo Messi w wywiadzie udzielonym telewizji Fox Sports zwierzył się, że myśl o końcu kariery napełnia go lękiem, że nie wie, jak poradzi sobie bez piłki. Ja z trwogą myślałbym o zlikwidowaniu Ligi Mistrzów. Świat bez niej byłby straszny.

53 myśli na temat “Metafizyka Ligi Mistrzów

  1. W każdym razie puchar LM ma wreszcie trener, który w obecnej dekadzie zasługiwał na niego jak żaden inny.
    Choć równie dobrze mógł go nie mieć znowu – bo gdyby nie absurdalne, a mówiąc wprost: idiotyczne zachowania obrony Barcelony, to ona by dziś świętowała w Madrycie.
    Albo miałby go już od roku – gdyby nie bramkarz, którego przerosła stawka meczu, a także boiskowy łajdus-recydywista, w ochronnej białej koszulce.

    Polubienie

  2. Nie jestem żadnym znawcą piłki. Lubię czytać i Rafała, ikomentarze. Czasem sam coś napiszę w swojej futbolowej niewiedzy. Mam jedną prośbę. Niech takie komentarze jak ten madridista będą usuwane, bo zrobi się z tego straszny syf. Banować jakby co.

    Polubienie

  3. Chyba musimy przyjąć zasadę, że najwspanialsze dzieje się do półfinałów. Wtedy finałowe przepychanki nie będą rozczarowaniem (rzecz jasna, nie dotyczy to kibiców drużyn finału). Może dobrym pomysłem byłoby rozgrywanie dwóch spotkań? No ale tradycja i zarobek „rodziny uefa” z dnia meczu są nie do przeskoczenia. Poprawka obywatelska: Holstein Kilonia.

    Polubienie

  4. @PowerAvocado

    Daj spokój, to kliniczny przypadek. Do niego nie dotarło jeszcze to co wszyscy wiemy od czasów trenera Kazimierza Górskiego: – „jesteś tak dobry jak Twój ostatni mecz”, że w piłce/sporcie nie ma lepszych i lepsiejszych, są tylko zwycięzcy i przegrańscy.

    Polubienie

  5. „A sytuacja się pogarsza, łapię się na tym, że tym bardziej uciekam w mecz, czyli przestrzeń z przejrzystymi regułami gry, im bardziej rzeczywistość rezygnuje z jakichkolwiek reguł gry i staje się nie do zniesienia.”
    Tak, tak, tak.

    Polubione przez 1 osoba

  6. Nie ma co karmić trolla. Przewagą blogów nad portalami fanowskimi, jest to że takie jednostki występują co najwyżej gościnnie. Nie ma co zachęcać.

    @Anropoid
    Uwielbiam niczym nie poparte przeświadczenie kibiców Blaugrany, że gdyby nie przegrali w ćwierćfinale/półfinale, to wygraliby wszystko. Wszystkie kolejne rundy i mecze, to formalności do odfajkowania, w których krzywda żadna nie może się stać. Bo jak wiemy, tak działa futbol, a już szczególnie, i najbardziej w ostatnich latach, tak działa LM, gdzie wszyscy się kładą na ziemi, jak nie są bezdyskusyjnym faworytem meczu, a przed Barceloną to kładą się nawet jeśli faworytem są(choć to oksymoron, wszak z Barceloną faworytem nikt nie może być, a to że za takowego uważałem LFC, to dlatego że nie dostrzegam słusznej prawdy świata w swym białym braku obiektywizmu, a nie doceniam świetny sezon LFC). A te regularne, i w regularnych okolicznościach, odpadnięcia Barcelony, to wiadomo – przypadki.

    Polubienie

  7. A dziś przewidywane odpadnięcie 20-latków. W czterech meczach 5 goli – ale wszystkie strzelone kelnerom z egzotycznej wysepki.
    Polski futbol jak polski kościół – nie zmienia się.

    Polubienie

  8. @Autor
    Dziękuję za tekst, będący przeciwieństwem – również pozwolę sobie zacytować Witkacego („Janulka, córka Fizdejki”) – skiełbaszonej fantazji słów stanowiącej szczyt filozofii naszych czasów. Rozsądna dawka metafizyki ratuje przed radykalną dekonstrukcją, która w piłce nożnej ma postać tego, który (mniema, że) WIE, że jego drużyna jest OBIEKTYWNIE lepsza.

    Polubienie

  9. A mnie wczorajszy nudny mecz sprzedał taka oto refleksje : premier league taka silna czy reszta stawki w tym roku taka słaba.

    Polubienie

  10. @Czacha Dymi
    Oba europejskie finały obsadzone przez drużyny angielskie i nawet w czwórce zabrakło miejsca dla angielskiego Mistrza. Paradoks jak ze Świata Dysku… – trudno skumać.
    Wiem jedno. Jak w tym sezonie angielskie „czarownice odpalały na pych miotły”, to europejskie „niedźwiedzie chowały się w jamie i udawały, że ich nie ma”.

    Polubienie

  11. Irek16lfc

    @Czacha dymi
    Pod refleksję lepiej brać cały sezon niż jeden mecz.

    Niemniej tzw. kibicom niezangażowanym to nie mogło się podobać, delikatnie rzecz ujmując. Sami kibice LFC określili to jako shocking performance czy, co mi się spodobało, że jajcarze najgorszy występ w sezonie zostawili sobie akurat na tę okazję. Tyle, że z pozycji kibica LFC kogo to obchodzi, liczy się tytuł, który natchnie tę grupę piłkarzy do następnych, w tym mam nadzieję w końcu mistrzostwa ligi.

    Każdy, kto śledzi te zespoły wie, że nie zagrały swojej gry. Presja i nerwy, pewnie nie tylko Klopp, ale i też piłkarze naczytali się ile to finałów przegrał ich trener, wydaje się też, że fizycznie, co dla ich sposobu gry kluczowe nie byli przygotowani do meczu.
    Też dodam, że te trzy tygodnie to zbyt długa przerwa przed takim finałem. Rozumiem argument, że ma to być ostatni mecz sezonu i że przyda się chwila odpoczynku, jednak obydwaj trenerzy podkreślali, że po trzech tygodniach bez poważnego grania traci się rytm, do którego trudno wrócić i to od razu w meczu o taką stawkę. Także moim zdaniem UEFA mogłaby się tu trochę zreflektować.

    Na marginesie podobnie z tym nowym przepisem o zmianach. Wydaje mi się, że tak jak dotychczas piłkarze mogli schodzić do ławki przy oklaskach kibiców, niż jak w myśl tych nowych przepisów, zaraz przy linii. Wystarczy, żeby sędziowie na czas zmian zatrzymywali stoper (dlaczego tego nie robią) i śmiało doliczali zmarnowane na przerwy w grze minuty, czego nie wiem dlaczego zwykle nie robią.

    Polubienie

  12. Wiadomo, że nie można przewidzieć przed samym sezonem, kto zagra w wielkim finale, jednak trzytygodniowa przerwa przed najważniejszym meczem sezonu to bardzo dużo. To rzeczywiście być może zbyt dużo, żeby zachować rytm meczowy.

    Polubienie

  13. „Wystarczy, żeby sędziowie na czas zmian zatrzymywali stoper (dlaczego tego nie robią) ”

    Prawa reklamodawców są najważniejsze. Mecz meczem, ale blok reklamowy musi się zgadzać.

    Polubienie

  14. Lada dzień zaczyna się mundial kobiecy. Cały cywilizowany świat traktuje go dziś pewnie nie na równi z męskim, ale nieporównywalnie poważniej, niż traktowany był jeszcze 8 lat temu, czy nawet znacznie poważniej niż nasze MŚ U-20 (swoją drogą z najgorszą frekwencją w historii). Czy można spodziewać się w Wyborczej jakiegoś dedykowanego dodatku, kalendarza plus analizy składów?
    Oczywiście to pytanie retoryczne, bo znam odpowiedź. Za 15 lat będziemy wspominali, że w 2019 roku było jak w średniowieczu i nawet Wyborcza nie potraktowała poważnie kobiecego Mundialu.

    Polubienie

  15. „w ostatnim meczu (U-20) Polacy wypadli najładniej, ostro się z faworytem poszarpali”… – i jak tu się z naszym Guru nie zgodzić?

    Polubienie

  16. Słaby finał LM daje nadzieję, że w tej zabawie pozostało trochę sportu a nie wyłącznie widowisko …

    Nota bene z zastosowaniem przepisu o zagraniu ręką w polu karnym jest coraz gorzej. Chyba wolałbym coś w rodzaju „umyślne zagranie ręką” i nic ponad to. Niech sędzia interpretuje. Tak czy inaczej obecnie interpretuje, a brudnych niejasności przy tym coraz więcej…

    Polubienie

  17. A ja mam (całkowicie sprzeczną z dotychczasowym dyskursem) prośbę do Gospodarza – niech takie komentarze jak sz. p. madritisty (czy jak fanatykowi tam było) zostaną z nami. One są potrzebne, bo dzięki nim czujemy się lepsi. Od sz. p. madritisty na przykład.

    Jak w pierwszej połowie oglądałem środek pola LFC, to się jarałem jak czarownica w Salem, że takie fajne granie. Prawie jak Atletico, gdy z Gabim i Koke ogrywali Chelsea w 2014. Potem rano jadę do roboty, walę studentom zadanie marki „niech 5 minut pomyślą” i siadam do prasy, a tam, że niby finał nudny… Eh, najwyraźniej co kto lubi. Nie pierwszy raz już tak się zdziwiłem.

    Polubienie

  18. @jakas1
    „Czy można spodziewać się w Wyborczej jakiegoś dedykowanego dodatku, kalendarza plus analizy składów?”
    Żadnej imprezie sportowej w 2019 r. GW nie poświęci osobnego dodatku („dedykować” to można piosenkę). Nie będzie też kalendarza żadnej ani analizy składów. W 2018 też nie było. Ani w 2017.

    „Za 15 lat będziemy wspominali, że w 2019 roku było jak w średniowieczu i nawet Wyborcza nie potraktowała poważnie kobiecego Mundialu.”
    Chciałbym. Ale boję się, że będę nasz czas wspominał raczej jako czas kryzysu czy upadku mediów polegającego na zupełnie czymś innym.

    Polubienie

  19. @koziołek
    Lubię taktyczne szachy, ale tu IMO nie ma się czym zachwycać – efektywne ustawienie Tottenhamu to było 4-2-2-2(Son grał bardziej jak napastnik, niż pomocnik), gdzie boczni obrońcy byli podczas budowani akcji wyrzucani bardzo wysoko, pomysłem było przeciążenie skrzydeł, a pomóc w rozegraniu parze obrońców, mieli DM-i, Winks i Sissoko. Rzecz w tym, iż to nie działało, LFC, specjalizujące się w pressingu który zabiera opcje podań, Odciął tą czwórkę od Eriksena, Aliego i całej reszty biegnącej do ataku – efektem Tottki, które przegrały środek, choć na papierze mają tam więcej piłkarzy, i rozegranie akcji sprowadzało się do długiej lagi, a nuż ktoś złapie. Nie bardzo. Kane i Son mieli w pierwszej połowie łącznie tylko kilkanaście kontaktów z piłką(Kane 5 podań, Son bodaj 9) gdzie Tottenham miał ponad 60% posiadania, a obrońcy wymienili 40+ podań.

    Dlaczego nie ma czym się zachwycać? Bo LFC nie zaskoczył, Oni grają 4-3-3 cały sezon, gdzie Tottenham był o wiele bardziej elastyczny. Oni grają z dużą agresją w środku cały sezon, oni cały sezon grają z Salahem i Mane schodzącymi do środka, by zrobić miejsce obrońcom. LFC zagrało to co zagrać miało, było pytanie jakie metody wybierze Tottenham by wykorzystać przewagę wiedzy. Porch wybrał źle, co gorsza, nie miał pomysłu na korektę, Son nie cofnął się do pomoc, a Eriksen nie pomógł w rozegraniu DM-om(co IMO należało uczynić). Porch, któremu zdarzało się robić ładne korekty we wczesnych fazach, zmienił ustawienie dopiero wraz z wejściem Lucasa, rzucając niemal ręcznik na godzinę gry.

    Ogółem Maurycy wypada w tej edycji LM bardzo zacnie, ale w finale się IMO nie popisał.

    Polubienie

  20. @Koziołek
    Uważam, że powinno się usuwać takie komentarze, ponieważ przy madridistach czuję się znacznie gorszy, cuś jak sceptyk Pirron przy królu Platonie.

    Polubienie

  21. Z coraz większą przyjemnością oglądam U-20. Chociaż siadam przed telewizorem bez emocji, to w trakcie meczu się pojawiają. Tak zaskakujący przebieg karnych jak w meczu Kolumbia-Nowa Zelandia trudno mi sobie przypomnieć, wczorajszy mecz Senegalu też dało się oglądać, a dzisiaj… – najpierw Mali na 1,5 minuty przed końcem dogrywki remisuje na 2:2, żeby po perfekcyjnie wykonanej serii karnych wyeliminować Argentynę.

    Polubienie

  22. W wyjątkowo delegacyjny nastrój popadł nasz gospodarz w Macedonii Północnej… – Rafale, chyba Aleksander jeździł na Bucefale, a nie na Bucefalusie? Chociaż, przyznam szczerze, pomnika nie widziałem.
    P.S.
    Dzisiejszy awans Holandii do finału Ligi Narodów bardziej mnie ucieszył niż wczorajszy Portugalii, chociaż popis Ronaldo był fenomenalny.

    Polubienie

  23. Każdy fan nadwiślańskiej piłki doskonale to wie i bez czytania wywiadu. Wszyscy to wiedzą – bo widzą – tylko zdaje się nie ci, którym się płaci za szkolenie. I ich pracodawcy.

    Zresztą to wywiad nie tylko o szkoleniu futbolistów, ale w ogóle o Polsce. Na I miejscu strach przed popełnieniem błędu (czyli publicznym wyśmianiem), poza tym „posłuszeństwo zamiast kreatywności” – i wszystko jasne.

    Polubienie

  24. Obejrzałem kolejny mecz U-20 (Ukraina po marnym meczu pokonała Kolumbię 1:0). I po raz kolejny patrząc na puste trybuny (dzisiaj nie było najgorzej) nie mogłem się oprzeć refleksji, że dzisiejsi działacze PZPN są głupsi od ciecia na bramie z moich wczesnoszkolnych czasów. Taki cieć po jakimś kwadransie (jak już wszyscy spóźnialscy kupili bilety i posadzili d… na trybunach, otwierał bramę i wpuszczał bez biletu wszystkie dzieciaki. Zawsze nas tam było około kilkunastu-kilkudziesięciu.
    Trudno uwierzyć, że zabrakło wyobraźni i nie można było zapełnić trybun na mistrzostwach (bezpłatnie) młodzieżą szkolną.
    Oczywiście ogłoszony zostanie potrójny sukces. Dwa zresztą już ogłoszono… – nasi wyszli z grupy, a nasi kibice cieszący się z porażek naszej narodowej reprezentacji wzbudzili szok/zazdrość działaczy FIFA. Trzeci organizacyjny też mamy jak w banku… – bo finał na pewno się odbędzie, medale zostaną wręczone a oficjalni goście zostaną pożegnani „perfekcyjnym” bankietem.

    Polubienie

  25. Można sobie grać defensywnie, z nastawieniem na kontry, tylko do tych kontr trzeba ruszać w innym tempie niż tempo szukania grzybów w lesie.

    Polubienie

  26. Ta kadra jest ciekawa. Jak Niemcy 20 lat temu. Nic nie grają, ale zawsze coś wtłoczą za linię, a z tyłu na zero. Takie gole tośmy na podwórku strzelali….

    Polubienie

  27. Bez bólu szczęk patrzeć się na to nie da, ale jeśli tak ma się kończyć każdy mecz, to niech będzie…

    Polubienie

  28. W każdym razie mamy teraz selekcjonera arcypolskiego, chyba jeszcze żaden z takim uporem nie stosował tego rodzimego pomysłu na grę, czyli stania przed własną bramką i wykopywania piłki byle gdzie.
    Dawniej tak było tylko na Wembley, teraz już nawet w Skopje.

    Kłopotem jest posiadanie gwiazdy futbolu, na jaką Polska czekała dekady, która do tego polskiego stylu nijak nie pasuje – więc po prostu wysyła się Lewandowskiego daleko do przodu, niech obrony drużyn przeciwnych trenują na nim MMA (zawsze to mniej rywali w ataku na nas).
    „Taktyka” Brzęczka to ścieżka survivalowa dla Lewego.

    Polubienie

  29. Obawiam się, że mecze z mocniejszymi rywalami będą się kończyć jak w LN, a nie tak szczęśliwie, że rywal w zasadzie sam se gola wbije.

    Nie chcę odgrzebywać wszystkich aspektów kadry Nawałki, ale wówczas gdy reprezentacja wychodziła na boisko, można było zobaczyć iż ma jakiś wspólny cel, który stara się realizować – niezbyt wyrafinowany i z egzekucją różnie bywało, ale jakaś podstawowa myśli była gdzieś widoczna. Czekam na mecz Brzęczka, gdy wystawiony skład nie będzie wyglądał na boisku jak przypadkowa zbieranina widząca się pierwszy raz w życiu i boje się że się nie doczekam.

    Polubienie

  30. „ścieżka survivalowa dla Lewego”… – tak, to chyba najnowsze osiągnięcie taktyczne polskiej myśli piłkarskiej. Wczoraj też na mnie zrobiło „wrażenie” ustawienie w pierwszej połowie Zielińskiego na środku rozegrania i granie z pominięciem środka. GENIALNE!
    P.S.
    Postaram się nie komentować więcej na „totalnym wk……e”. Popatrzyłem jak wczorajszy mecz spuentowałem Rafałem i nie mogę się przestać śmiać.

    Polubienie

  31. Tu nie ma co porównywać z Nawałką – on rywalizował z mocniejszymi rywalami i przynajmniej było widac wiarę pilkarzy w to, co grają, a tu mamy w prezencie jakąś „sympatyczną” grupę, z której nie awansować byłoby obciachem i tragiczną kopaninę, antyfutbol jak z najgorszych snów.

    Skoro już nawet zawodnicy przestali powtarzać tę niestrawną PZPNowską mantrę, że „nieważny styl…”, to o czymś to świadczy.

    Nie ma chemii między selekcjonerem a szatnią i nie widać, by miała być.

    Polubienie

  32. @alp, twojastara
    Dzięki za linka, bez Was bym przegapił. Niby wszyscy to wiemy, ale trzeźwe spojrzenie z zewnątrz na problem, pozwala upewnić się, że nie jesteśmy jakimiś malkontentami. Myślałem, że najlepszym zobrazowaniem polskiego obrzydzenia do aktywności fizycznej jest kierowana do dzieci fraza „nie biegaj bo się przewrócisz”. A tu proszę. Dlaczego dzieci polskie są w porównaniu z holenderskimi łamagami? Bo jeżdżenie na rowerze lub chodzenie pieszo do szkoły jest niebezpieczne! Dlaczego nie grają na podwórkowych boiskach? Bo szkło tam leży! Dlaczego nie trenują gdy pada deszcz? Bo mogą się przeziębić!
    Najbardziej urzekło mnie to szkło… Panie, wody we wsi mało, a studni nie naprawilim, bo to Szwed rozwalił!

    Polubienie

  33. @greedoo
    Na mnie największe wrażenie zrobiło; – ” Jasiu nie bij chłopczyka, bo się spocisz”. Nic dziwnego, że potem Jasiu żyje w przekonaniu: – jeżeli nawet takiego wrednego chłopczyka nie można walnąć, to ten pot to musi być istny koszmar.

    @Otwojastara
    Fakt. To właśnie dlatego, jak się złapałem w trakcie meczu, że gra drużyny Nawałki zaczyna mi się podobać wpadłem w ten cudowny nastrój, który objawił się w pomeczowym komentarzu. A na dodatek za cholerę nie mogę zrozumieć jak to jest, że suma jakości gry naszych piłkarzy w klubach, jest wielokrotnie wyższa (nawet po korekcie, że nie wszystkie mecze im wychodzą) od tego co prezentują w reprezentacji. No chyba, że pogodzę się z kibolską opinią… – w klubach płacą im w euro, a w reprezentacji odwalają pańszczyznę.
    ……………………….
    Co raz częściej też prześladuje mnie pytanie; – dlaczego nie ma szans na zagranicznego trenera reprezentacji (Boniek)? Pogodziłem się już z tym, że na Beenhakkera było za wcześnie dla „naszej myśli” a nawet piłkarzy, że „farbowane lisy” Smudy ograniczały dostęp do „okienka promocyjnego” naszym ligowcom a i ambicje reprezentacyjnych, nadwiślańskich wychowanków też im nie sprzyjały. Tylko czy to ma nas na zawsze skazywać na protegowanych Nikosia Dyzmy, których jedyne co wyróżnia, to „my też byśmy tak chcieli”? I kiedy nasza myśl wreszcie załapie, że selekcjoner to specjalista od układania puzzli, a nie trener przygotowania fizycznego do biegania po „jedynie słusznych (narodowych)” kreskach?

    Polubienie

  34. Bardzo dużo fajnych statystyk i spostrzeżeń z meczu jest tu: https://www.youtube.com/watch?v=NLiyfIh8R4c
    Problemem jest Klich. Człowiek gra na innej pozycji, niż w klubie i trudno się spodziewać, żeby grał dobre mecze. Trzeba go zastąpić kimś innym, chyba nie muszę wskazywać.
    Dramatycznie też Frankowski, ale to wszyscy widzieli i chyba jasne, że na razie więcej nie zagra. Niewątpliwie Alioski to dobry zawodnik, ale on nawet nie podjął z nim walki.
    Starał się wszystko ratować Krychowiak, wychodziło mu średnio.

    Polubienie

  35. „Badacz tabel” wymienia jak „ślepy z głuchym” poglądy z „obserwatorem gry” na temat gry naszej reprezentacji w najnowszym felietonie Rafała do Wyborczej. Jak zwykle warto przeczytać.
    I nie wiem tylko czy najlepszym przykładem „reprezentacyjnej depresji” jest Lewandowski (chociaż robił wrażenie totalnie załamanego grą drużyny) bez oddanego strzału w ostatnim meczu. W końcu na Euro w pięciu meczach z dwoma dogrywkami oddał też tylko cztery strzały, w tym dwa tylko dlatego, że nie miał co z piłką zrobić. Ale wtedy drużyna potrafiła wykreować przynajmniej kilka sytuacji strzeleckich w każdym meczu innym zawodnikom. W tej chwili nie kreuje nic, lub prawie nic.
    Oglądając naszą reprezentację czuję się tak jakbym słyszał jednego naszego geniusza politycznego z lat sześćdziesiątych: – „w 1939 roku Polska stała na skraju przepaści, a w ostatnich latach zrobiliśmy ogromny krok naprzód”. Myślę, że to ostatni moment na ogłoszenie ostatecznego sukcesu polskiej myśli piłkarskiej. Dalej jest przepaść.

    Polubienie

  36. Widzę, że nakręca się histeria. Tego jeszcze nie było. Wygrane dwa ciężkie mecze na wyjeździe plus jeden u siebie, gdzie akurat wynik był gorszy, niż gra, nie tracimy bramki w trzech meczach, a tu marudzenie. Łaał, to może lepiej przegrywać? Tak, wszyscy by pewnie kochali trenera, gdyby wystawił 3 w ataku, a z Austrią byłoby 0-3 w plecy… Ja tych Polaków nie zrozumiem nigdy.
    Z tego wszystkiego dziś chcę 1-0 po nudnym meczu.

    Polubienie

  37. „przecież nie sposób złapać strzału nieoddanego. Był to zatem gol bezdotykowy”. Oj. udało się Wojtkowi Kuczokowi w dzisiejszym felietonie. I to figlowaniu też dobre…
    A ja już nie mogę się doczekać na pezetpeenowski bestseler: – „Od gry bez piłki do bezdotykowego gola”. Nie mogę się tylko zdecydować czy powinna to być rozprawa naukowa, czy raczej thriller lub powieść heroiczna.

    Polubienie

  38. Powiało może nie optymizmem, ale nadzieją. Nagle okazało się, że potrafimy bronić się wysoko, co zaowocowało większą ilością odbiorów, że potrafimy strzelić bramkę wymieniając cztery podania po ziemi…
    P.S.
    Na bestseler mogę poczekać. Nawet wolałbym, żeby nie było potrzeby jego napisania.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s