Inter jako wróg pocieszny. Ogólna teoria milanisty

Chyba wymsknęło mi się tutaj już kilkakrotnie, że choć od dziecka kibicuję Mediolanowi czerwono-czarnemu, to nie zionę nienawiścią ani nawet niechęcią do plemienia czarno-niebieskiego. Momentami wręcz z nim sympatyzuję.

Wcale nie przechwalam się tutaj zaletami charakteru. Przeciwnie, za rzekomą  wielkodusznością kryje się wrodzona, patologicznie rozwinięta skłonność do bycia złośliwym. Wzięła się bowiem moja postawa stąd – prawdopodobnie, nie badałem praźródeł u psychoanalityka – że Inter Mediolan przez całe życie przypominał  safandułę, który zawsze musi się wykopyrtnąć. Nawet gdy się wydaje, że wszystko jest dobrze lub doskonale. Urodziłem się w takim momencie, że odkąd pamiętam, Milan mnóstwo wygrywał, ale nawet w okresach przegrywania rywale z sąsiedztwa rozczulali bezbronnością. Niby podskakiwali, mieli arystokratyczne aspiracje, Massimo Moratti szastał kasą szczodrzej niż jakikolwiek właściciel klubu piłkarskiego na planecie, ale wyróżniali się głównie jako najdowcipniej zarządzany klub na Drodze Mlecznej. Byli niegroźni. Pocieszni. Można sobie było z gapowatych urwisów pożartować zawsze, o każdej porze roku, gdy tylko pogoda była pod psem.

Aż dotarłem do momentu, w którym jąłem życzyć rywalom, żeby czasami coś im wyszło.

Przez całą ostatnią dekadę XX wieku i połowę pierwszej dekady XXI wieku nie zatriumfowali w lidze włoskiej, a w Lidze Mistrzów odstawiali takie skecze, że bliższe przyglądanie się groziło śmiertelnym pęknięciem ze śmiechu. Najgrubszy numer to oczywiście sensacyjne przerżnięcie dwumeczu w kwalifikacjach ze szwedzkim Helsingborgiem – pomocną nogę do niezidentyfikowanych rywali wyciągnął wówczas niejaki Alvaro Recoba, który w ostatniej minucie przestrzelił rzut karny. Puenta żartu? Był wówczas Urugwajczyk najwyżej opłacanym graczem świata.

Inter nałogowo przegrywał, bowiem rządzące nim osobistości spełniały się w robieniu sobie transferowych jaj. Ich najbardziej spektakularne żarty zyskały popularność tak zawrotną, że wręcz nie wypada przynudzać ich przywoływaniem – sąsiadom z Milanu podarowali Clarence’a Seedorfa i Andreę Pirlo, którzy rozbłysnęli na gwiazdy na miarę triumfu w Lidze Mistrzów (ten pierwszy rozbłysnął ponownie), a w zamian przygarnęli niejakiego Andrésa Guglielminpietro (słowo honoru, nie ma tutaj literówki, facet zapadał w pamięć wyłącznie dzięki bezkompromisowemu nazwisku) oraz Francesco Coco (ten z kolei przeszedł do historii jako jeden z najgorszych piłkarzy, którzy regularnie robili w balona szefów wielkich klubów, władował się jeszcze do Barcelony).

Tamte wymiany przeszły do legendy jako skończone arcydzieła humoru, ale mediolańczykom zawdzięczamy też mnóstwo innych pereł, często niezasłużenie zapoznanych. Oto Inter sprezentował kiedyś śmiertelnym wrogom z Juventusu Turyn doskonałego obrońcę, przyszłego zdobywcę Złotej Piłki Fabio Cannavaro, by w ramach transakcji wiązanej, rozliczanej w sporej mierze w żywym towarze, wpuścić do szatni bramkarza Fabio Cariniego, który chyba kilkakrotnie został wpuszczony również między słupki, ale pewności nie ma, to było dawno i nieprawda. Oto Inter za drobne odsprzedał Realowi Madryt Roberto Carlosa, gracza pomimo niepozornych gabarytów monumentalnego, by potem przez wieczność nie odnaleźć w pełni satysfakcjonującego lewego obrońcy – mediolańczycy nagminnie wypróbowywali na tej pozycji kogoś innego, wyganiali tam nawet preferującego prawą flankę Javiera Zanettiego, nakupowali kandydatów dziesiątki, a może setki, wśród nich niejakiego Vratislawa Gresko. Wyrzucili na Słowaka 14 mld lirów, a ten w 2002 roku spartaczył osławiony mecz z Lazio, znacząco przyczyniając się do porażki, przez którą w ostatniej kolejce drużyna oddała mistrzostwo kraju Juventusowi. I kiedy został przepędzony, nie przyniósł ani eurocenta dochodu. Menedżerowie Interu przelali natomiast Milanowi 6 mln za Thomasa Helvega, by lokalnym rywalom wypożyczyć go właściwie nazajutrz i pozwolić Duńczykowi spędzić u nich trzy i pół sezonu. Wymienili solidnego Cristiana Brocchiego, użytecznego potem jako piłkarz drugorzędny, na Drażena Brncicia, którego nie wystawili nigdy. Wymienili Dario Simicia, użytecznego potem jako członek podstawowej jedenastki mistrzów Włoch, na Ümita Davalę, którego również nie wystawili nigdy. Nawet bohaterom kosztownych transferów nie umieli dawać drugiej szansy, wziętego za blisko 20 mln Robbiego Keane’a odesłali na Wyspy zaledwie cztery miesiące (!) po podpisaniu kontraktu…

Kabaretowych interesów ubili mediolańczyków bezlik, aż mnie świerzbią paluchy, ale dłużej nie zanudzam. W każdym razie transferowego sabotażu było wystarczająco dużo, by nie traktować nerazzurich poważnie, a z czasem zacząć życzliwie współodczuwać z Morattim, który kochał klub na zabój, wydawał niewyobrażalny majątek na kontynuowanie rodzinnych tradycji (ojciec Angelo patronował złotej erze Interu w latach 60.), a w rewanżu otrzymywał wyłącznie frustrację. Nawet seria tytułów mistrzowskich w Serie A, które w końcu przyszły, smakowały słodko-gorzko, bo wszyscy wiedzieliśmy, że wynikają w sporej mierze z afery Calciopoli.

Aż nastał José Mourinho. To był jedyny moment, gdy zapanował w Interze porządek. Do klubu wparował dawny Mourinho, nikt jeszcze nie spodziewał się, że w przyszłości sprzeciętnieje – i został charyzmatycznym hersztem fantastycznego futbolowego gangu, który uwielbiałem (boskie 0:0 z Sampdorią, kończone w dziewiątkę, to jeden z najwspanialszym meczów, jakie widziałem). Gdybym miał sklasyfikować ulubionych triumfatorów Ligi Mistrzów w bieżącym stuleciu, to najpierw wymieniłbym Milan 2007 oraz Milan 2003 – z oczywistych względów – a zaraz potem, prawie na jednym oddechu, złożyłbym hołd Interowi 2010. (Nawet jeśli wiem, że wspanialej grały Barcelona czy Bayern). Pomnikowy Javier Zanetti wreszcie chwycił najważniejsze trofeum w Europie za jego wielkie uszy, Javier Zanetti wreszcie wylądował na okładkach, Javier Zanetti wreszcie przestał być supermanem niewidzialnym.

Tamten czas to było chwilowe zakłócenie, kiedy portugalski boss poszedł sobie precz, wrócił chaos, nabombiona zabawa w firmie powszechnie znanej jako „Pazza Inter”, czyli „Szalony Inter”, znów trwała w najlepsze. Nawet w ubiegłym sezonie, zakończonym ocalonym na finiszu awansem do Champions League, atrakcja znów goniła atrakcję, po gagu następował gag, mediolańskie zgrywusy wywoływały u mnie przewlekły ból brzucha.

Weźmy takiego Mauro Icardiego. Najskuteczniejszy piłkarz klubu w XXI wieku, wkrótce powinien zostać jego najskuteczniejszym obcokrajowcem w całej historii, od 2015 roku kapitan drużyn – ikona. Ale niestety, wiosną stracił opaskę. Został zdegradowany i potężnie naraził się fanom w sporej mierze dlatego, że ożenił się z panią, która sieje zamęt. Poświęciłem temu reality show coponiedziałkowy felieton (znajdziecie go tutaj), to była klasyczny slapstick Interu, który nawet za kołem podbiegunowym na pewno znalazłby skórkę od banana, żeby się na niej pośliznąć. Albo Nicolò Zaniolo, piłkarz młody zdolny. Inter miał go u siebie jeszcze przed tamtym sezonem – i mógł lansować, wprowadzać w wielki futbol szybciej lub wolniej, związać z nim przyszłość. Niestety, puścił go do AS Romy, gdzie nastolatek wydoroślał w okamgnieniu i rozszalał się w Lidze Mistrzów. Rozrabiał też drinkujący i popalający Radja Nainggolan, który od dawna tłumaczy światu, że piłkarz nie jest od tego, by się nadmiernie umartwiać, były kłopoty z Ivanem Perisiciem… Nie wnikam już w szczegóły, chyba jest jasne, o co mi biega.

Ale teraz przeczuwam, że Inter wraca. Bo wziął dyrektora Beppe Marrottę, który współtworzył potęgę obecnego Juventusu; bo wziął trenera Antonio Conte, który razem z wcześniej wymienionych gwarantuje, że nikt w szatni nie poczuje się większy niż klub; bo Diego Godin w obronie, Stefano Sensi i Nicolò Barella w pomocy i Romelu Lukaku w ataku to transferowa operacja obiecująca znacznie więcej (przynajmniej w krótkiej perspektywie, ona ma znaczenie) niż manewry stonowanego w ruchach Milanu, który zainwestował wyłącznie w piłkarzy perspektywicznych.

I zaczął rozgrywki koszmarnie. Na stadionie Udine nie oddał celnego strzału, wyglądał beznadziejnie jak wiosną, o Krzysztofie Piątku wolę nie napisać słowa. Stąd właśnie wzięła się niniejsza notka – zacząłem blogować o Milanie, ale nie wytrzymałem mordęgi psychicznie, znalazłem substytut. Inter chyba znów przestaje być pocieszny, zacząłem się go bać. Wciąż też zżywam się z nową rolą. Teraz to ze mnie, jako kibica Milanu, wszyscy ciągną łacha.

PS I jeszcze link do felietonu z Gazety, w którym cytują znaleziony list. Napisali go hiszpańscy piłkarze do rodaków – o Polsce.

19 myśli na temat “Inter jako wróg pocieszny. Ogólna teoria milanisty

  1. Skąd informacja, że Gresko kosztował 14 mln euro? Angielska Wikipedia podaje, że owszem, maksymalnie 14, ale miliardów lirów (7,23 mln euro).

    Polubienie

  2. Milan na tą chwilę robi za przygłupa małomiasteczkowego z Borinim czy innym turkiem, mało jakości i trener myślę że też nie przeskoczy poziomu średniaka(swoją drogą znamienne jest odwołanie do Mou czy Conte, trener jest fundamentem a w tych obu klubach ostatnio były półśrodki jeśli chodzi o coachów jaki i piłkarzy). Jedynie na co mogą liczyć to że są tylko Inter Napoli i Juve i reszta będzie biła się o 4 miejsce ale z takim Milanem też tego nie widzę. Cassano kiedyś powiedział że nie mógłby grać w Juve ze względu na etykę pracy, bo to jest porządny ciężko pracujący klub z miesiąca na miesiąc(dlatego taka ilość tytułów). Inter czy Milan nawet swe wielkości bardziej budowały Calciopolli/w Europie choć też nie odbieram im marki we Włoszech. Podobały mi się słowa Conte o niskich głowach i pedałowaniu, jeden z 5 najlepszych obecnie w Europie (Pep, Klopp, Pochetino, Simeone, Conte). Conte ma to co kiedyś Mou wygrywa trofea idealnie spłaszczając słabe punkty i wypiętrzając mocne – Lukaku wczoraj wyglądał jakby grał przeciw dzieciom.

    Polubienie

  3. Oczywiście, Inter odniósł spektakularne zwycięstwo, a Lukaku wyglądał jakby grał przeciw dzieciom. Morale poszły w górę, a rywale struchleli, nadszedł wyelki trener Conte – i oto pobił w bitwie chwalebnej, ze swymi elitarnymi oddziałami które bez niego awansowały do LM, zagrożenie potencjalnie ogromne, zdusił w zarodku tą rozwijającą się potęgę, beniaminka serie A.

    Chilluj Rafał. To Conte. Wywali jakiegoś kluczowego piłkarza na trybuny, bo ten złą bluzę założy, albo gumka z majtek będzie wystawać, drugiemu sms-em przypomni by wpi****ał, ogłosi publicznie iż włodarze nie spełnili jego oczekiwań odnośnie transferów, a odpowiedzialność za wyniki i złą atmosferę zwali na wszystkich dookoła.

    Jeśli w DNA Interu jest strojenie groźnych min, by w chwili próby zrobić z siebie pajaca, to Conte pasuje z koniem, rzędem i swoją niewyparzoną i niesłowną gębą.

    Polubienie

  4. równie dobrze można stwierdzić że po Mou też wszystko posypało się bo wycisnął z zawodników co najlepsze a nie budował dynastii. Milan jest żałosny i tyle i pokazał z Udinese co było trudne że jest jeszcze gorszy niż w tamtym sezonie. Lukaku będzie królem strzelców, w Anglii trochę za wysoko ale Włochy weźmie za twarz. Sezon zapowiada się bardzo ciekawie i myślę że pomimo De Ligta Juve nie wygra ligi, Ramsey jest wiecznie kontuzjowany a Rabiot to nie jest szczyt. Potrzeba oczyścić ten skład z emerytów. Mandzu, Blaise, Khedira out. Ronaldo, Chielon i Bonu też max 2 sezony gry. Dybala powinien zostać. Sarri nie ma genu zwycięstwa, LE wygrał na plecach Hazarda, ten sezon będzie trudny dla nich.

    Polubienie

  5. Jako kibic Interu czuję się wywołany do tablicy. To, co się działo przed calciopoli, z tym trudno dyskutować. Faktycznie, ilość wybitnych piłkarzy, którzy wyglądali u nas (i tylko u nas) jak karykatury samych siebie, przechodzi ludzkie pojęcie. Przynajmniej w latach 90. i 00., które pamiętam. Do tej wyliczanki dodałbym jeszcze np. Verona. Ale z tym, że tylko dwa lata pod rządami Jose były wyjątkowe i później znów nastała era patologii, to się nie zgodzę. Owszem, po zdobyciu triplety skład się rozsypał, wielu piłkarzy zostało sprzedanych niepotrzebnie i za jakieś żałosne pieniądze, a na ich miejsce przyszło znów wiele niewypałów, o trenerach nie wspominając. Na dodatek znów było w składzie kilka gwiazd, oddanych za bezcen, którzy zrobili później większe albo mniejsze kariery (Kondogbia, Kovacić, Coutinho). Ale to były perturbacje, których ciężko było uniknąć po takim sukcesie i dodatkowo zmianie właściciela. Odkąd Suning stał się większościowym udziałowcem i odsunęło od władzy Erika, jego decyzje są niemal tylko dobre albo bardzo dobre. Zaczęło się od zatrudnienia Spalettiego, który nie okazał się trenerem wybitnym, ale na tyle dobrym, żeby jednak wprowadzić klub do LM, w której o włos nie wyszliśmy z grupy z Barceloną i Tottenhamem. Mądrość Suning polega na tym, że daje praktycznie pełną autonomię trenerowi. To na wyraźne życzenie Spala został ściągnięty Nainggolan – że będzie imprezował, to było wiadomo od początku, ale i tak był czołowym zawodnikiem drużyny przez cały sezon, gdy tylko był zdrowy i grał, a z jego odejściem nie mogło się pogodzić większość kibiców. Zaniolo na razie nie rozgrał nawet pół dobrego sezonu (kilka dobrych meczów, kilka niezłych i większość przeciętnych), więc orzekanie o absurdalnośći jego pozbycia się wydaje mi się co najmniej przedwczesne. Tym bardziej, że to właśnie Ninja (za którego oddany został Zaniolo) zaprowadził nas do LM. Jakby to powiedział Leo Beenhakker – step by step. Nie da się w rok, czy dwa wrócić na szczyt, a od co najmniej trzech lat robimy ewidentny postęp – sportowy, finansowy, organizacyjny. Ten rok rzeczywiście może być przełomowy. Uważam, że wyprzedzenie Napoli jest całkiem prawdopodobne, a dogonienie Juventusu (który ma swoje problemy) możliwe. Nie ma co oczywiście ogłaszać, że będzie zacięta walka o Scudetto, ale będę zaskoczony, jeśli Napoli znowu nas mocno zdystansuje. Forza!

    PS. Aha, i potwierdzam – od kilku lat mam nieopisany ubaw z Milanu 🙂

    Polubienie

  6. @PANSZERYF

    Oj, trochę koloryzujesz rzeczywistość, bo powodów do śmiechu z Interu w epoce po Mourinho jednak kilka było – wystarczy wymienić nazwy Hapoelu Ber Szewa, Sassuolo czy Żaby-Bardziej-Perspektywicznej-Niż-Bonucci. No i Wasz kulawy wyścig do LM rok temu – nie tyle go sobie wywalczyliście, co otrzymaliście w prezencie ze wstążeczką od jeszcze bardziej pociesznego wówczas Lazio.

    Ale zgadzam się, że Wy akurat macie szczęście do właściciela i zdecydowanie jesteście na fali wznoszącej. Wspomniałeś o „możliwości” dogonienia Juventusu – ja się zwierzę, że dla mnie jesteście cichutkim faworytem tego sezonu. Włosi lubią frazę „gol dell’Ex” i patrząc na Conte na ławce oraz Marottę na trybunach (jak też atmosferę dużej przebudowy w Turynie, przy czym osobiście jakoś niespecjalnie wierzę w Sarriego) trudno przeciwstawić się intuicji, iż ci, którzy rozpoczęli passę Starej Damy, również ją zakończą.

    Polubienie

  7. @Klemens
    No to też pisałem, że po wywalczeniu triplety, do momentu przejęcia przez Suning pełnej kontroli nad klubem powody do śmiechu były. Ba, były ze 2-3 takie sezony, że nie mogłem patrzeć na to kopanie się po czołach i większości meczów nie oglądałem, bo nie byłem w stanie na to patrzeć. Dopiero odkąd przyszedł Spal znów oglądam każdy mecz. Nie ulega również wątpliwości, że „walka” o LM to był wyścig żółwi, który możnaby porównać do batalii o mistrzostwo Ekstraklapy, ale wynikało to w pierwszym sezonie Spala z niewytłumaczalnej zimowej zapaści, która trwała jakieś dwa miesiące (w grudniu byliśmy liderami), a w drugim z powodu jakiejś absurdalnej ilości kontuzji zimą i wiosną (m.in. Ninja, Politano, Brozo); i, oczywiście, Icardi… yyy Wanda case, czyli przetrzebione 3/4 ofensywy. No nic, sezon zapowiada się arcyciekawy…

    Polubienie

  8. W Belgradzie i w Zagrzebiu może nie ma nowoczesnych stadionów, ale za to są kluby – a nie stragany z tandetą, jak w pierwszych latach po 89.

    Polubienie

  9. A polski futbol też ma teraz swój skeczowy Inter – nazywa się Widzew i z budżetem na ekstraklasę, nowym stadionem i frekwencją 17 tys. nie może sforsować trzeciego poziomu rozgrywek.
    Albo nie chce – bo tak wygląda, jakby nie chciał.

    Polubienie

  10. Trzy piłki meczowe, a następnie przegrywają pierwszą. Końcówka meczowa przypominała końcówkę drugiego seta. Polki przegrały z Prawiepolkami.

    Polubienie

  11. A dzisiaj się dzieje… – US Open, Liga Europejska, Liga Diamentowa i ME w siatkówce. I wszędzie nasi. Taki dzień kiedy nie wiadomo co wybrać do oglądania i jedna pewność; – co byś nie wybrał to i tak okaże się, że wybrałeś źle.

    Polubienie

  12. Wybrałem siatkę i wątpię żeby ktoś potrafił mnie przekonać, że popełniłem błąd. Czwarty i piąty set to był hard rock.

    @Antropoid
    Może chodziło o dodanie odwagi?

    Polubienie

  13. Jakoś przegapiłem ten moment, w którym czwarty w rankingu ma 4 drużyny w LM bez eliminacji i potęgi typu Atalanta mają zagwarantowane bez eliminacji, a Porto i Dynamo muszą się wycinać…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s