Utracona cześć El Clásico

Paskudny moment przeżywają Barcelona i Real Madryt. Żeby odnaleźć paskudniejszy, musielibyśmy zanurzyć się głęboko w przeszłość, może nawet do poprzedniej dekady. I wcale nie chodzi o wyniki. Albo inaczej – wyniki to najmniejszy problem.

Na przykład w ostatniej kolejce Ligi Mistrzów. Lecą ci wszyscy supergwiazdorzy za setki milionów na odległe wygwizdowo, gdzieś na rubieże Dzikiego Wschodu, powinni załatwić sprawę nienerwowo, a jednak… Krew, pot i łzy, zabawa jak na dołku w kopalni. I w Stambule, i w Pradze do ostatnich sekund pozwalają żyć gospodarzom nadzieją – zarówno Real Madryt, jak i Barcelona wydłubują wygrane minimalne, ci pierwsi triumfują dzięki golowi strzelonemu po rykoszecie, ci drudzy potrzebują do sukcesu samobója, w końcówce blokują strzały Slavii ciałem, rzęsistej kanonadzie opierają się desperacko. Nędza.

Rząd dusz stracili już wcześniej. Blogowałem przed kilkoma tygodniami o angielskim spadkobiercy El Clásico – nowych futbolowych boginiach piękności, drużynach ponad wszystkie, które toczą ze sobą rywalizację porywającą, na poziomie niedostępnym dla reszty ludzkości. Nic się od tamtej pory nie zmieniło, nawet jeśli królewska para miewa przejściowe kłopoty. Gdy Manchesterowi City przytrafi się wpadka z Norwich, to w następnej kolejce ligi angielskiej bierze furiacki odwet na biedaczyskach z Watfordu – wystrzeliwuje osiem goli; torturowany bramkarz Ben Foster przyznaje, że powinien puścić ich ze 12; piłka obija też słupek i poprzeczkę. Gdy na orkiestrę Pepa Guardioli spadają kolejne przykrości w kraju, to zniszczy Atalantę – jakże pięknie potrafiącą grać Atalantę – pięć do jaja, znaczy właściwie do jednego, by zdarzył się karny. I jeszcze Raheem Sterling zgrywa Messiego – nawiedzony wsuwa trzy gole, przy czwartym asystuje, piąty pada z rzutu karnego podyktowanego za faul na nim. Huragan.

Liverpool też nie zamartwia się po inauguracyjnej wpadce z Napoli, lecz rozbraja Chelsea na jej stadionie, by w kolejnych meczach utrzymywać prawie stuprocentową skuteczność w rozgrywkach krajowych, a po pewnym czasie wrzuca na wyjeździe w Lidze Mistrzów cztery gole. Owszem, krzywdzi zaledwie Genk. Ale czy słowo „zaledwie” pozostaje tutaj uzasadnione, jeśli spojrzymy, jak i z kim biedzą się uczestnicy hiszpańskiego El Clásico?

Przecież sezon jaki jest, każdy widzi.

Barcelona w dwóch kolejnych meczach, z Borussią Dortmund i Granadą, zdołała wydusić z siebie po ledwie jednym celnym strzale – to pakiet szokujący. Barcelona już z Messim w składzie na stadionie w Pradze oddaje niemal dwukrotnie mniej uderzeń niż Slavia, a w końcówce modli się o przetrwanie – też szokujące. Barcelona nie wygrywa na wyjeździe seriami. Barcelona długo nie ma chyba zielonego pojęcia, jak powinna wyglądać jej linia pomocy – szokujące, przecież to tam bił niedawno puls nowoczesnego futbolu. Barcelona naciera czasami ofensywnymi graczami do uśpienia statycznymi, niedawno serio zaczynałem wypatrywać, kiedy komentatorzy postanowią sprawdzić, czy Luisowi Suárezowi nie przybyło w brzuszku. Barcelona stała się rozczulająco bezbronna wobec kontrataków. Barcelona z każdym miesiącem wygląda na bardziej uzależnioną od Messiego. Barcelona rozpaczliwie zabiegała latem o powrót Neymara, co zdawało się tym bardziej żałosne, im bardziej przeanalizowałeś, ile nawyrabiał on w PSG i jak rzadko robi sobie przerwy od leczenia kontuzji. Barcelona szukała przez pewien czas ratunku w stopach nastoletniego chłopca Ansu Fatiego, co byłoby oczywiście opowiastką ujmującą i marketingowo złotodajną, gdyby stanowiło tylko wątek poboczny do głównego – wszechzwycięskiego.

I można wyliczankę ciągnąć, aż do usłanej gniotami śmierci.

W Madrycie też niby bez tragedii, a jednak schyłkowo. Real obrywa trzema golami w Paryżu, gdy gospodarze muszą jakoś żyć bez Neymara, Kyliana Mbappé i Edinsona Cavaniego, a zastępować megagwiazdorów próbuje niejaki Mauro Icardi, na solidne pół roku całkiem odsunięty od gry w piłkę. Real wciąż wydłuża serię wieczorów w Lidze Mistrzów na Santiago Bernabéu, podczas których przyjezdni rywale mają uciechę nie z tej ziemi – przecież zanim ledwie ocalili remis z Club Brugge (2:2), obrywali tam w minionym sezonie od Ajaxu Amsterdam (1:4) oraz CSKA Moskwa (0:3), tu nie ma mowy o przypadku, stadion, na którym strach było postawić stopę, stał się przyjazny dla wszystkich.

Rozglądajmy się dalej. Oto Real mieli przed chwilą ciągnąć Gareth Bale i James Rodríguez, przed dwiema chwilami wystawiani przez klub za drzwi. Krąży wokół nich cała zgraja piłkarzy wybitnie zasłużonych, lecz ewidentnie wypalonych, którzy starzeją się w tym samym momencie, więc trudno pozbywać się ich stopniowo (doświadczył tego kiedyś Milan, znam ból). Thibaut Courtois nie popełnia jakichś skandalicznych błędów, ale przez wiele tygodni kiedy już piłka leciała w jego kierunku, to zasadniczo ją przepuszczał, i generalnie nie pozował na bramkarskiego giganta. Eden Hazard w żadnym geście nie przypomina wirtuoza, który potrafił w pojedynkę przedryblować całą ligę angielską i rozstrzygać mecze w pojedynkę…

Znów – można się znęcać do upadłego, rzeczywistość w Madrycie skrzeczy, podobnie jak w Barcelonie. I ryzykuje się ripostę, poniekąd słuszną ripostę, z propozycją spojrzenia w tabelę ligi hiszpańskiej, gdzie Katalończycy wygodnie spoglądają na wszystkich z pozycji lidera, a Real skrada się tylko punkt niżej. Wszystko prawda. W czasach obrzydliwie bogatych superklubów stało się prawie niemożliwe, by skazani na wygrywanie przestali wygrywać aż do przesady spychającej ich poza podium. Ja nie o tym. Ja o tym, że tamto El Clásico – oryginalne, hiszpańskie –  całkiem straciło powab. Zezwyczajniało. Mogą jego uczestnicy wygrać, przegrać albo zremisować. Jak wszyscy.

Szczególnie wyraźnie widzę to właśnie wtedy, gdy na Santiago Bernabéu i Camp Nou przybywają piłkarze rzadko odwiedzający te katedry futbolu. Albo nawet podejmują półbogów na własnych murawach. I w ogóle nie zdradzają onieśmielenia. I nie zostają przez faworytów przygnieceni. O serii Realu wspominałem, przesuńmy wzrok na Barcelonę – przed niedawnym meczem z Interem nie przegrała u siebie od 2013 roku, właściwie nigdy nawet nie remisowała, w 32 meczach nastrzelała 93 gole, a straciła ledwie 15. Czuła się tam bezpiecznie, w fortecy. Teraz błyskawicznie pozwoliła mediolańczykom objąć prowadzenie, a w całej bieżącej edycji Ligi Mistrzów morduje się z każdym, przedziera się przez fazę grupową wolniej niż kiedykolwiek w ostatnich kilkunastu latach.

Zupełnie jak jej rywale ze stolicy Hiszpanii. Dotąd jesień madrytczyków oraz barcelończyków w europejskiej elicie zawsze przypominała benefis, konkurencja była co najwyżej widownią podziwiającą ich niekwestionowaną wyższość. Bili giganci rekordy punktowe i bramkowe, bawili się, urządzali sobie festiwale na 14 fajerek. Żadnego stresu, sam relaks, milusio i cieplusio, nawet Glik by nie psioczył na zagrywanie piętą – zwłaszcza po okupionej sporym wysiłkiem mordędze w silnie obsadzonej lidze hiszpańskiej.

Teraz piłkarze Barcy i Realu nie czują się bezpiecznie nigdzie i nigdy, niezależnie od klasy przeciwnika. Mieć stosunek bramkowy 7-7 (sumuję, traktuję te drużyny jak jedność) na półmetku grupowej fazy rywalizacji?! Ledwie przeżyć wizytę Club Brugge?! Pozwolić oblegać się w Pradze? Ideał sięgnął bruku. Spójrzmy na kluby angielskie z tego tygodnia – na 5:1 Manchesteru City, na 5:0 Tottenhamu, na 4:0 Liverpoolu, wreszcie na 1:0 Chelsea (najcenniejsze w przywołanej kolekcji, to był wyjazd do Amsterdamu, gdzie przyjmuje półfinalista ubiegłej edycji Champions League).

Hiszpańscy arcymistrzowie wyniki uzyskują średnie, ale przecież to sprawa drugorzędna. W czasach świetności nawet ich porażki nie unieważniały powszechnego przeświadczenia o tym, kto rządzi, a teraz nawet zwycięstwa nie przywracają im reputacji najlepszych z najlepszych. Już w minionym sezonie oddali władzę w Lidze Mistrzów, trzymają za to w kadrach zgraje weteranów prawdopodobnie przywiędłych (Real) lub niepewnie patrzą na gasnących wirtuozów (Sergio Busquets, tak, to wirtuoz, wielokrotnie sławiłem jego kunszt w pubach i kawiarniach, jakim cudem nigdy nie poświęciłem mu porządnego osobnego tekstu?!), najmodniejsze lub równie modne młode nazwiska noszą gwiazdy ganiające gdzie indziej – w Paryżu (choć tam drużyna kompletnie nie działa), w Manchesterze (Sterling, wiadomo), w Dortmundzie (Jadon Sancho!), może nawet w Turynie (choć Mathijs De Ligt to jednak mniejszy łup niż zjawiskowy Frenkie De Jong, Camp Nou wciąż się broni). Dostrzegam w tej fabule sugestywną ilustrację dla rosnącego we mnie przekonania, że na szczytach futbolu pieniądze nie mają już prawie znaczenia. Że liczy się tylko pomyślunek. Doprecyzowując: oczywiście posiadanie fortuny jest niezbędne, ale jako warunek konieczny, a nie wystarczający. Fortunę posiada każdy, pozostaje tylko pytanie, czy umiejętnie ją wykorzysta. Popłynie stylem Guardioli albo Jürgena Kloppa.

A w skrajnym przypadku obowiązuje reguła, że im bardziej wyrzucasz na jednostkę powyżej 100 baniek, tym marniej kończysz – Neymar zbiegnie, Dembele podaruje wyłącznie niedosyt, Coutinho trzeba wypchnąć na wypożyczenie (gdzie oczywiście Brazylijczyk znów się rozbuja). Ewentualnie wydasz latem ćwierć miliarda, a potem i tak kładziesz tę bonanzę na fotelach rezerwowych (ile zdziałali Jović czy Hazard?). Zrobiło się jakoś tak średnio, prawdopodobnie nawet w tonacji tęsknoty za szybkimi zmianami trenerów (w obu klubach), na pewno poniżej dotychczasowej, arystokratycznej przyzwoitości. Gdybym nie wiedział, że zaplanowane na najbliższy weekend El Clásico przełożono na grudzień z powodów pozasportowych, to bym pomyślał, że FC Barcelona i Real Madryt próbują na chwilę się schować, przeczekać, nie pokazywać się w negliżu.

5 myśli na temat “Utracona cześć El Clásico

  1. Napisałbym, że Barcelonie i Realowi w błyszczeniu nieco przeszkadzają kontuzje, ci pierwsi mieli 10 w tym sezonie, ci drudzy 16 piłkarzy kontuzjowanych(niektórych więcej niż raz), ale kiedyś się dowiedziałem że urazy nie wpływają na performance i formę drużyn xD

    ” Dotąd jesień madrytczyków oraz barcelończyków w europejskiej elicie zawsze przypominała benefis”

    Bo ja wiem, potrójny Real na jesieni raczej się obijał, wtopił z Tottenhamem, zremisował z Legią, nie przeszkadzało to w ogrywaniu wszystkich w fazie pucharowej.

    Oczywiście wiele w Realu i FCB nie funkcjonuje jak należy, w Katalonii Messindepencja, w Realu ręcznik w bramce(z Galatą pierwszy dobry mecz) polane to sosem z urazów. Wiele tam jest do zrobienia, ale ośmielę się stwierdzić iż nowi liderzy wcale nie uciekają w zawrotnym tempie, przeciwnie, lekkie zgrzyty, oznaki wypalenia idzie zauważyć.

    Jeśli Real kompromituje porażka z nieco przetrzebionym PSG(sam Real też był, ale któż by się tym przejmował) to wpadka zdrowego(4 urazy w całym sezonie) City z rezerwowym składem Norwich to wręcz degrengolada i kompromitacja. Jeśli męczarnie z Slavią to wstyd, jak nazwać porażkę z Red Star Belgrad? Jeśli giganci Hiszpańscy nie porywają grą w ataku pozycyjnym to co powiedzieć o Liverpoolu, kreatywności jego środka pola, którą było widać jak na dłoni z United i Sheffield?

    Oczywiście, powszechne przekonanie kto rządzi jest takie jakie opisuje autor, ale doświadczenie uczy, że jesienni liderzy niekoniecznie są wiosennymi triumfatorami LM, a IMO najbardziej wychwalani liderzy angielscy, nie są w połowie tak mocni jak się ich opisuje. Choć w półfinale LFC się „pokazał” a Barcelona „skompromitowała” to na końcu drużyny rozdzielił jeden gol, wbity bardziej cwaniactwem i przytomnością umysłu, a nie błyskotliwą grą, bo na tą już sił brakło. City, oczywiście, po wpadce z Norwitch, wyżyli się 8:0, tylko po to by 2 kolejki później przegrać z Wilkami, niezłą, ale niezbyt topową drużyną.

    Nie mam problemu z przyznaniem iż akcje dwójki angielskich gigantów chodzą obecnie wyżej od dwójki Hiszpańskich, ale z równo łatwością stwierdzam, że angielscy do poziomu jaki swego czasu prezentowali Hiszpańscy giganci, to mają jeszcze daaaaleko. I na olimpie jeszcze nie usiedli, nietykali bynajmniej nie są, swobodnie widzę opcję gdzie tego sezonową LM nie wygrywa ani City(zresztą sam Pep stwierdził ostatnio że nie są faworytem) ani broniący tytułu LFC.

    Polubienie

  2. A z tym:

    ” Dostrzegam w tej fabule sugestywną ilustrację dla rosnącego we mnie przekonania, że na szczytach futbolu pieniądze nie mają już prawie znaczenia. Że liczy się tylko pomyślunek. Doprecyzowując: oczywiście posiadanie fortuny jest niezbędne, ale jako warunek konieczny, a nie wystarczający. Fortunę posiada każdy, pozostaje tylko pytanie, czy umiejętnie ją wykorzysta. Popłynie stylem Guardioli (…)”

    To pan raczy żartować City w ostatniej dekadzie wydali ponad miliard ojrosów tylko na wzmocnienia, tz ten miliard to bilans. I osadza się tak daleko przed całą resztą, że to aż wstyd podobne zdania jak powyżej czynić. Taki Real, poprzednie „imperium zła psujące futbol niegodziwą mamoną” przez ostatnią dekadę nie wiem czy połowę tego wydał, chyba nie. Wliczając to ostanie okno, i to z Cristiano, Kaką, Benzemą i Alonso. Wreszcie po dziesięciu latach wydawania setek milionów więcej niż reszta, wydaje się iż wyforsowali się minimalnie na pozycję lidera europy, choć jeszcze to muszą udokumentować. Po dekadzie bezprecedensowych wydatków za szejkowe hajscy, które, chyba tylko dzięki łapówkom, skończyło się zaledwie jedną karą za łamanie FFP. A pan o pomyślunku.

    Polubienie

  3. Dzisiaj rozmowa o pieniądzach na szczytach arystokracji futbolowej fascynuje już chyba tylko gołodupców. Oni o pieniądzach nie dyskutują, oni je po prostu mają. A jak je wydają i na co to ich sprawa.
    Natomiast po tym do czego nas przyzwyczaili hiszpańscy herosi, dzisiaj od patrzenia na ich boiskowe podrygi zęby bolą, a emocje bywają takie jak u cioci teściowej na imieninach… – najważniejsze żeby się wujek nie zebździł przy stole.
    Trudno się nie zgodzić, że z pudła to się raczej nie obsuną, a nawet być może wiosna będzie należała do nich, ale dzisiaj emocji i wielkiej piłki to raczej trzeba szukać gdzie indziej. O Salzburg – Napoli wrzutkę zrobiłem wczoraj, Chelsea z Ajaxem też się świetnie oglądało. Borussia prawie zawsze potrafi dostarczyć emocji (mam nadzieję, że nie chcą popełnić harakiri i plotki o Mou to tylko medialne spekulacje), a Liverpool właśnie wyrównał rekord otwarcia ligi angielskiej. Parę innych drużyn też ogląda się lepiej.
    I tylko TVP, tkwiąc w mentalności naszych ligowych hiciorów (muszą mieć uświęconą tradycję i nic wspólnego z rzeczywistością)) proponuje nam w następnej kolejce transmisję Real – Galatasary, chyba tylko licząc na sensację… – Turcy dobiją Madryt.

    Polubienie

  4. A to traumę sobie zafundowali Bednarek i koledzy na początek weekendu.
    Takiej domowej rzezi nie pamiętam odkąd śledzę ligę angielską, a w erze Premier League nie było jej na pewno.

    Polubienie

  5. Fakt. 0:9 – jest co przeżywać. Za to Glik ma powód do radości… – wygrana na wyjeździe z drugą drużyną ligi.

    P.S.
    1) W mijającym tygodniu napadła mnie pilna potrzeba zakupu mikroskopu elektronowego. Najpierw w LM (Ajax-Chelsea) VAR uznał za spalonego dłoń wystającą poza obrys ciała obrońcy, a wczoraj przy asyście drugiego stopnia (Monaco) grubość koszulki (może plus parę milimetrów ramienia?). Zwalam na VAR, bo chyba na myślenie „gwizdków” po jego wprowadzeniu, nie ma już co liczyć.
    Wygląda na to, że bez porządnego mikroskopu piłki nie da się już oglądać.
    2) FIFA zabiera się za agentów piłkarskich… – oj, będzie się działo!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s