Finał wszech czasów. Cała prawda o Stambule

Oglądałem z trybun 12 finałów Ligi Mistrzów, ale tylko co do jednego zgłaszam postulat, że powinien odbyć się jeszcze raz. Byłoby sprawiedliwie – przewagę Milan miał w maju 2005 roku w Stambule tak miażdżącą, że na Liverpool aż się przykro patrzyło, było mi ich zwyczajnie szkoda, a ponieważ jestem kibicem rossonerich wspaniałomyślnym, to dałbym rywalom drugą szansę, by spróbowali przynajmniej zachować na boisku godność.

Za trzy tygodnie minie okrągłe 15 lat od tamtego wieczoru, a ja mam wrażenie, że to było w ubiegłym tygodniu.

Mecz rozpoczęło obowiązkowe trzęsienie ziemi, ale o thrillerze nie było mowy. Milan powalił Liverpool szybciej niż kilka dni wcześniej Lamon Brewster Andrzeja Gołotę – 52. sekunda, rzut wolny Andrei Pirlo, wolej Paolo Maldiniego, nasz bramkarz Jerzy Dudek pokonany. Tak szybki gol był rekordem finałów, do dzisiaj nikt go pobił. Uchodzący wówczas za taktycznego perfekcjonistę trener Rafa Benitez ewidentnie dał się przechytrzyć, ewentualnie zawiedli go piłkarze – stracili bramkę po stałym fragmencie gry, jedynym momencie, kiedy można się idealnie ustawić.

Fani z Anfield, ponoć najgłośniejsi w świecie, zamilkli. Nic dziwnego, takie filmy ogląda się w skupieniu. Piłkarze Milanu uwodzili chłodną elegancją, świadomością własnej wyższości, czarodziejskimi zagraniami piętą. Zachowywali się jak gang, który rabowanie banków zamienił w dzieło sztuki – celebrujący każdy gest, każdy punkt doskonałego planu. System zabezpieczeń trenera Beniteza kompletnie nie działał. Zwłaszcza że do akcji wkroczył czynnik boski, czyli Kaka. Brazylijczyk dowodził Milanem – był jedynym nowicjuszem debiutującym w finale, ale fantastycznie zdolnym, kiedy dopadał piłki, pędził z nią przez pół boiska, a potem jeszcze wybierał najcelniejsze rozwiązania. To jego wyobraźnia dała Milanowi dwa gole Hernana Crespo. 3:0, przerwa.

Na drugą połowę nikt już nie czekał, właściwie nie ma co opowiadać. W pierwszej mogło być nawet cztery do jaja, ale sędzia nie uznał gola Szewczenki – wypatrzył spalonego, być może z litości dla liverpoolczyków. Byli bezradni, pozostawało im tylko patrzeć, podziwiać, dziękować losowi, że dostąpili zaszczytu spoglądania z bliska na dostojnego Seedorfa, majestatycznego Pirlo, eleganckich wykidajłów Maldiniego i Nestę czy rakietowego Cafu. Mediolańska defensywa była tego dnia nietykalna, choć trener Benitez chciał dotrzymać słowa i grać ofensywnie, bo wystawił dryblera Harry’ego Kewella zamiast jak zwykle piątego pomocnika, skoncentrowanego na destrukcji Igora Biscana lub Didiego Hamanna. Efekt? W przerwie upewniałem się, czy najwyższy wynik w finale rzeczywiście padł w 1960 roku, gdy Real Madryt pobił Eintracht Frankfurt 7:3. Stało się oczywistą oczywistością, że padnie rekord.

Czym miał bowiem odpowiedzieć Liverpool? To była toporna drużynka, która ledwie przeczołgała się przez eliminacje do LM, potrafiła nawet przegrać z austriackim Grazer. Która odpadłaby z rozgrywek jesienią, w fazie grupowej, gdyby pięć minut przed końcem boju z Olympiakosem strzałem nie z tej ziemi nie ocalił jej Steven Gerrard. Która w lidze angielskiej poprzegrywała z Boltonem, Birmingham, Burnley czy Crystal Palace, która zajęła tam marne piąte miejsce. Którą czekała nadciagająca rewolucja personalna, bo trener Benitez uważał, że połowa jego graczy to przeciętniacy niezdolni do epokowych triumfów, wieloma wręcz gardził. Dlatego z politowaniem spoglądałem na przywleczoną przez fanów Liverpoolu flagę, na której było napisane, że „forma jest ulotna, a klasa trwa wiecznie”. Nie sądzili, biedaczyska, że zamiast dodać otuchy swoim chłopakom, bezwiednie złożą hołd wirtuozom z Milanu.

Ale oni są chyba niereformowalni – po meczu bukmacherzy ujawnili, że ponad setka zwolenników „The Reds” postawiła w przerwie na triumf swoich idoli. W przerwie, czyli przy wyniku 0:3! Akurat wtedy, gdy stało się jasne, że piłkarze Milanu zafundują sobie goleadę – o ile nie poczują się zakłopotani wątłością przeciwnika – jakiej nasza galaktyka nie widziała!

Prawdę mówiąc, przeżywałem tamten mecz z mieszanymi uczuciami. Fajnie było patrzeć, jak mediolańczycy się bawią, ale wydawało mi się, że postępują niehumanitarnie, zwyczajnie znęcają się nad słabszym. Przyszłość potwierdziła zresztą moje podejrzenia, bo piłkarze, kibice i w ogóle całe środowisko Liverpoolu nie uporało się z traumą, stworzyło alternatywną wersję wydarzeń, rozpropagowało ją, a następnie zaraziło swoim urojeniem miliony ludzi na całym świecie.

Znacie tę historię, jej rozprzestrzenienie się osiągnęło skalę pandemii. Otóż liverpoolczycy wyfantazjowali sobie, że tamten finał nie był finałem wszech czasów ze względu na wspaniałą klasę Milanu, lecz dzięki fenomenalnej postawie tych fajtłap z Anfield Road i scenariuszowi pełnemu nieprawdopodobieństw, którego nie sposób objąć rozumem. Po przerwie miało mianowicie nastąpić sześć minut, jakich Liga Mistrzów nigdy wcześniej nie widziała i miała już nigdy nie zobaczyć. Otóż Liverpool niby potrzebował 360 sekund, by załadować trzy gole drużynie, która traciła bramkę w tamtej edycji rozgrywek co trzy godziny. Tandetne. Kino nawet nie klasy B, lecz C.

Tandetne, ale do dzisiaj krąży jako święta prawda. Przypomnę skrótowo, jak to szło.

Na 1:3 strzela w tej apokryficznej bujdzie Steven Gerrard – uderza piłkę głową, unosi dłonie i porywa cały stadion, kiedy sektory Liverpoolu ryknęły, okoliczne sejsmografy oszalały. Potem z 20 m wali Vladimir Szmicer – ten sam Szmicer, którego reputacja tak podupadła, że próbowała wziąć go wtedy (za darmo!) nasza Wisła Kraków. Feralnego wieczoru w Stambule zapomniał nawet zawiązać buty, więc Kewella zmienił z opóźnieniem. I wreszcie wyrównuje Xabi Alonso. Dida bronił jego strzał z karnego, ale kapituluje po dobitce. 3:3. Piłka tego wieczoru wpada tylko do bramki, za którą siedzieli tifosi Milanu. Ktoś słabnie, przyjeżdża karetka. Potem jeszcze raz. I trzeci.

Podróżujmy dalej po tej ściemie. Nastaje dogrywka. Faworyt ochłonął, nie oddaje Anglikom piłki, ale wreszcie działa rzekomy geniusz Beniteza. Hiszpan zmienia ustawienie, przed Dudkiem umieszcza trzech obrońców (Sami Hyypia, Jamie Carragher i Djimi Traore), których wspierają z flanek John Arne Riise i Gerrard. I świat staje na głowie. Polski bramkarz nie poddaje się nawet, gdy Szewczenko staje metr od niego i dwa razy potężnie strzela – raz głową, raz nogą. Potem broni też rzut karny Ukraińca, po którym stadion eksploduje, a na Dudka zwala się cała drużyna. W trakcie serii jedenastek, zwycięskich dla Liverpoolu, ponoć dziwacznie tańczy, przechodzi do historii. Doprawdy, tego nie wymyśliłaby nawet Polska Fundacja Narodowa i inni najprawdziwsi z nadwiślan, którzy uważają, że historia ludzkości składa się głównie z chwalebnych czynów Polaków. Dudek bohaterem? Zatrzymuje również jedenastkę Pirlo, czyli wielkiego maestro rzutów karnych? Dokona tego bramkarz, który był na wylocie z klubu, Benitez już planował ściągnięcie swojego hiszpańskiego funfla Jose Reiny? Djimi Traore wygrywa Ligę Mistrzów? Błagam.

A jednak liverpoolczycy wierzą, że to wszystko przeżyli. Że do Stambułu przyjechali, zobaczyli, zwyciężyli. Z pełnym przekonaniem opowiadają, jak padli na kolana, gdy Dudek w ułamku sekundy dwukrotnie zatrzymywał dwa strzały – jeden z kilkudziesięciu centymetrów! – Szewczenki, zresztą laureata Złotej Piłki z 2004 roku. Pamiętają, że wciąż klęczeli, gdy Gerrard całował Puchar Europy. A inni – że zadarli głowy i bezgłośnie dziękowali niebiosom.

W podtrzymywaniu spektakularnego fałszu pomaga naturalnie nowoczesna technologia. Na przykład deep fake, czyli wideo będące perfekcyjną iluzją rzeczywistości – ja zacząłem spisywać swoją demaskatorską notkę zainspirowany przez znajomego fana Liverpoolu, który umieścił dzisiaj na Twitterze filmik, na którym Dudek istotnie wzbija się na szczyty heroizmu w starciu z Szewczenką. Ów kumpel to przyszły profesor nauk ścisłych, zazwyczaj przytomnie poruszający się na pograniczu matematyki i fizyki, ale cóż, pokarało go kibicowaniem piłkarzom, którzy w krytycznym momencie nie umieli porządnie zagrać. No i odebrało mu chwilowo rozum, szerzy pseudonaukę.

Cała ściema sąsiaduje miejscami z prawdą, jak każdy porządny fake news. Jej wyznawcy przyznają, że do przerwy było 0:3 i że ujrzeli nad głową gwiazdy, gdy w 52. sekundzie przydzwonił im Maldini. Wykorzystują też fakt, iż mediolańczyków faktycznie zainfekował wówczas wirus, który Włosi zdiagnozowali jako „Syndrom La Coruna”. Przypomnijmy objawy: trzęsące się nogi, trwoga w oczach, nagła niezdolność do wyrażenia swoich zdolności technicznych i taktycznych. Występowanie: kiedy Milan nabiera pewności, że zwyciężył, i jeden niespodziewany gol tę pewność niszczy. Tak było we wcześniejszej edycji Champions League właśnie w La Corunii, gdzie Włosi przegrali w ćwierćfinale z Deportivo 0:4, choć wcześniej rozbili je 4:1. Tak było też w poprzedzającym łatwiutki stambulski finał w półfinale w Eindhoven, gdzie ocaleli w ostatnich sekundach, choć gospodarze ich zdeklasowali.

Pachnie to konfabulacją na kilometr, ale zadziałało. Nawet UEFA wyniosła na sztandar wizerunek Dudka – ilekroć przyjeżdżam na finał Ligi Mistrzów, to w zaimprowizowanym dla kibiców parku rozrywki oglądam te jego wygibasy, odważyłbym się nawet postawić tezę, iż to bramkarska ikona ponad wszystkie wśród bohaterów finałów. Działacze postępują zgodnie z dewizą starą jak media, kongenialnie przełożoną na na kino w „Człowieku, który zabił Liberty Valance’a”, jednym z moich ulubionych westernów – „Kiedy legenda staje się faktem, drukujcie legendę”. Niestety, wielu ludzi już tak ma, że wybiera to, co atrakcyjniejsze fabularnie, a nie to, co jest prawdą, zwyczajnie trzyma się kupy.

Kibice wierzą więc, że Tony Blair wysłał tamtego wieczoru do trenera Beniteza wiadomość o treści „Niewiarygodne. Niezwykłe. Olśniewające”. Znów mamy tutaj mącącą w głowach półprawdę – owszem, ówczesny brytyjski premier wysłał taką wiadomość, ale do Silvio Berlusconiego, swojego kolegi kierującego rządem włoskim, do którego należał wtedy Milan. To logiczne, że ważny polityk gawędzi sobie z innym ważnym politykiem. A po co miałby pisać do szarego człowieka, który zazwyczaj chodzi w dresie i jeszcze jest obcokrajowcem, więc nie można nawet liczyć na jego głos w wyborach? Niestety, delikwentom odurzonym futbolem nie wytłumaczysz. Nie działa na nich nawet argument, że gdyby Benitez był takim cwaniakiem od Ligi Mistrzów, to nie skończyłby jako trenerzyna wyciągający z drugiej ligi angielskiej Newcastle.

Spisuję więc niniejszą notkę bez większej nadziei, że ponownie zredaguję archiwa i ludzką pamięć. Poświęcam czas tylko dla spokoju sumienia. I wspominam, że stambulski mecz oglądał z trybun także Diego Maradona, który o jednej z uczestniczących w finale drużynie powiedział, że „to czego, dokonała, nie byliby zdolni nawet brazylijscy mistrzowie świata z 1970 roku”.

Dlaczego wybrał akurat drużynę Pelego i Jairzinho? Bo uchodziła wtedy za najwspanialszą w dziejach futbolu.

PS A tutaj znajdziecie felieton „Kopnij sobie piłkarza”, z mojej stałej poniedziałkowej rubryki w Gazecie.

41 myśli na temat “Finał wszech czasów. Cała prawda o Stambule

  1. Dzięki za przypomnienie finału, który zapamiętałem jako jedną połowę odbitą w krzywym zwierciadle i Dudek Dance.
    P.S.
    A ja dzisiaj walczę z Wyborczą, która zablokowała mi komentarz do dzisiejszego artykułu Dominiki Wielowiejskiej. Opisane wydarzenia na Nowogrodzkiej wczorajszego wieczoru i dzisiejszą konferencję Porozumienia pozwoliłem sobie wykpić w konwencji King Sajz – klasyki naszego kina. Jakiś cieć z redakcji (pewnie nie oglądał filmu) zablokował mój komentarz, chociaż nie przeszkadzało mu porównanie w innych komentarzach bohaterów opisanych wydarzeń do Hitlera czy Goeringa.
    Od południa próbuję wyjaśnić w czym mój komentarz naruszył postanowienia regulaminu i odsyłany jestem od adresu do adresu e-mail. Ale nie odpuszczę… – tak jak Liverpool w Stambule.

    Polubienie

  2. Heh, dwa dni temu mojemu synowi (5,5 y.o.) puszczałem skrót tego meczu. Chce skróty na dobranoc, więc zaczymam mu od moich Citków, Broendbych, Piszów i 5ciopaków w 9 minut 😉

    Polubienie

  3. Ale, że tak fantastycznych dwóch interwenci, a później obrony kilku karnych miałby dokonać tak pogardzany bramkarz, który zagrał w tym meczu tylko dlatego, że kontuzji doznał angielski wielkie talent Kirkland? Którego za chwilę miał zamienić w bramce klubu Reina, a kadry Boruc?
    Ktoś taki miałby tego dokonać? No nie rozśmieszajcie.

    Polubienie

  4. pamiętam, jak w przerwie rozmawiałem z kumplem, że beznadziejny, jednostronny finał … że dużo lepiej dla piłki byłoby, gdyby awansowała Chelsea (!), które poległa w półfinale z Liverpoolem po golu widmo

    Polubienie

  5. Jakże było wtedy pięknie, ze drużyna której taka wygrana się przytrafiła, przynajmniej grała na co dzień nieco pokracznie. Że rzeczywistość, jednak się do tego mitu przebija.
    Dziś, o dziwo ta sama drużyna, grając porywająco, dokopała rok wcześniej mojej Barcelonie, i wszyscy choć to było równie niewytłumaczalne, nie chcą nawet słyszeć o wersji, że tamtego zaćmienia Barca po prostu nie miała. Że jej Rzymska choroba, nie miała nawrotów i w Rzymie została.
    Ba Ci sami kibice, wszystkim dowodzą, że porażka z Atletico się nie wydarzyła, bo nie miała prawa. Bo Anfield, bo Klopp – jakże ktoś mając piłkę ze 15 minut w obu meczach, może ich pokonać 4-2, skoro oni zmietli Barcelonę 4 golami od stanu 0-3 ledwie rok wcześniej. Nawet ja sam, trochę bardziej wierzę w to drugie, a nie w to pierwsze, czyli że żadnego 4-0 nie było.

    Polubienie

  6. @alp61
    „A ja dzisiaj walczę z Wyborczą, która zablokowała mi komentarz do dzisiejszego artykułu”

    Nie mam zielonego pojęcia, jak to u nas działa, i nie lubię tego, że użyłeś pogardliwego słowa „cieć”, ale kibicuję. Nie daj się, niech przywrócą!

    Polubienie

  7. Opis pierwszej połowy, to najprawdziwsza prawda. Jednak byli tacy, którzy po jej zakończeniu twierdzili, że mecz jeszcze się nie skończył (komentator niepolskojęzycznej TV, w której ten mecz oglądałem, zresztą – formalnie – mistrz Europy i uczestnik MŚ, czyli ktoś kto o piłce miał jakieś pojęcie). Może więc reszta meczu to jednak nie zmyślona historia.

    Polubienie

  8. No właśnie, Kaka – w Milanie młody bóg futbolu, potem niestety symbol sowicie opłacanego zaniku sportowych ambicji. A Dudek padł ofiarą nepotyzmu Beniteza, od Reiny nigdy nie był gorszy.

    @blokowanie komentarzy/bany w Wyborczej

    Już nieraz o tym wspominałem, także w mailach do gazety. Dziwna polityka forumowa zagościła w GW już ładnych parę lat temu.

    @Barcelony choroba rzymska

    Rzeczywiście aż takiej człapaniny jak w Rzymie na Anfield nie było, od stanu 1-0 Barca mogła i powinna trafić parę razy, co nie zmienia faktu, że choroba jest i trwa, a symptomy były widoczne już przed Rzymem.

    Polubienie

  9. @Antropoid
    A ja w kolejnym ponagleniu na dwa adresy napisałem, że „liczę na odrobinę szacunku dla prenumeratorów”???

    Polubienie

  10. Niektórzy „wiedzący” swego czasu twierdzili, że chłopacy się umówili… – w pierwszej połowie my strzelamy, w drugiej wy a w karnych będziemy strzelać na przemian. I tylko Dudek wszystko popsuł, bo rozśmieszał chłopaków z Milanu.
    P.S.
    Z lat przedszkolno-szkolnych pamiętam, że na podwórku to była czasami skuteczna obrona bramy garażowej przed całkowitym zniszczeniem.

    Polubienie

  11. @Alp

    Ja jako nieuleczalny fan papierówki kupuję ją minimum 3razy w tygodniu i nie będę się jeszcze bawił w abonamenty – tylko po to, żeby skomentować artykuł, który przecztałem w papierowej.
    Ktoś się w redakcji ciężko wygłupił z tym wymogiem.

    Polubienie

  12. Przez lata korzystałem wyłącznie z papierówek, a komentowałem (problem nie tekst) wyłącznie w dyskusjach ze znajomymi. Z resztą „papier” do dzisiaj lubię bardziej. Dopiero przed paru laty przeszedłem na śledzenie codziennej prasy przez internet i czasami coś skomentuję. Ale z blokadą zderzyłem się po raz pierwszy.

    Polubienie

  13. Benitez to facet o żelaznych nerwach. Dostajesz 0:3, wszystko idzie źle, a ten zmienia obrońcę na pomocnika. Ilu trenerów na jego miejscu układałoby już w głowie wymówki?

    Rafa ma jednak tą podstawową wadę – jest marny w budowaniu relacji. Z czasem znaczenie „miękkich” umiejętności w futbolu tylko wzrosło, dziś nawet Mourinho to przerasta, a Rafa wtedy był w to kiepski. Jeśli ma drużynę w której nie ma nadmiaru ego, to jego piłkarze mogą wyłacznie na współpracy zyskać.

    A takie wieczory z LM fundował nie raz. Pamiętam też 4:4 z CFC, pamiętam jak cudownie przewiózł broniącą tytułu Barcelonę, pamiętam legendarne półfinały z Jose.

    @ant
    To gdzieś zabawne, że Kakę ganisz za rzekomy brak ambicji, a Dudka ustawiasz w roli ofiary Beniteza. Lubię Jurka, ale do Realu i „rywalizacji” z jeszcze lepszym bramkarzem niż Reina, tez go wypchnął?

    Na pewno fani LFC ciepło wspominają podrygi Jurka, ale nie wiem czy mają pretensję o Reinę – jakby nie patrzeć, Hiszpan wygrał Złote Rękawice 3 razy i został raz wybrany graczem sezonu przez fanów. Nie będę się jakoś spierał, pewnie Dudek też zapewniłby nie gorszy poziom. Ale mając dwóch graczy na podobnym poziomie, może jako trener też stawiałbym na tego 9 lat młodszego.

    Polubienie

  14. „od stanu 1-0 Barca mogła i powinna trafić parę razy”

    A LFC „powinno” trafić też parę razy na Camp Nou. Na pewno mogło. No wyszło jak wyszło.

    Polubienie

  15. „Powinno”, „mogło” a „wyszło jak wyszło” – to jest najpiękniejsze w futbolu (nie tylko). To dlatego każdy mecz, każdy sprint, seria rzutu młotem, skok w dal itd. itp… – jest niby taki sam a każdy inny. I to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Ja to nawet kocham.

    Polubienie

  16. @Otwoja

    Kaka był w najlepszym piłkarskim wieku gdy jako gwiazda przechodził do Realu, w którym miał być napędem zespołu na następne sezony, 34-letni Dudek miał się tam mierzyć z młodszą o 8 lat już ikoną klubu – nie widzisz różnic?

    A Reiny po prostu nigdy nie uważałem za bramkarza lepszego od JD. To była klasyczna „reforma” w stylu PiSowskim w wykonaniu Beniteza.

    Polubienie

  17. Faktycznie. Czasami o „czymś” decyduje dwumecz, czasami runda lub sezon lub cykl czy turniej. Tylko gdyby to „coś” byłoby najważniejsze w sporcie to zamiast tracić czas na oglądanie/kibicowanie wystarczyłoby zapoznać się z wynikami.
    Myślę, że to co nas naprawdę kręci to nawet nie rekordy świata tylko sposób w jaki są one ustanawiane. To dlatego nikomu (a przynajmniej zdecydowanej większości) nie sprawiło frajdy zdobycie tytułu ME przez Greków. I chyba tylko nieliczni dzisiaj potrafiliby sobie przypomnieć nazwiska piłkarzy, którzy w tej złotej greckiej jedenastce grali.

    Polubienie

  18. O tych kilku okazjach Barcelony napisałem dlatego, że to był ogólnie jej lepszy mecz, niż ten w Rzymie (i kilka innych zawalonych wyjazdów), a nie po to, żeby się bawić w mniemanologię i łapanie za słówka – ulubioną dyscyplinę @0twojastara.

    Polubienie

  19. @ant
    dlatego też nie wiem skąd Twoje założenie, iż to Kaka jest symbolem sowicie opłacanego braku ambicji. Nie odzyskał nigdy błysku po urazach, nie odzyskał dynamiki, sprzeciętniał, ale wątpię by taki miał plan podpisując kontrakt. Dudek natomiast miał 0 ambicji przechodząc do Realu, chciał sobie tylko dorobić.

    Skoro, podobno, tak bardzo ludzie łapać za słówka:

    „Tylko, że I mecz jeszcze o niczym nie decyduje, a rewanż już tak.”

    Rozumiem że fanom Barcelony ostatnie popisu pucharowe mogły wyrżnąć w mózgu wielką schizmę, ale świat się wokół tego nie kręci – i znajdziemy dziesiątki, setki, tysiące, starć pucharowych, gdzie rezultat z pierwszego meczu absolutnie wystarczał by zapewnić sobie awans.

    „To była klasyczna „reforma” w stylu PiSowskim w wykonaniu Beniteza.”

    Myślałeś o jakieś terapii?

    @alp
    Ale już trenera Rehhagela pewnie większość by skojarzyła 😉

    Polubienie

  20. 1. „…sprzeciętniał, ale wątpię by taki miał plan podpisując kontrakt. ”

    A ktoś tak napisał?… Znowu nadinterpretacja (nudne to już).

    2. Fan Barcelony przynajmniej potrafi pisać (wielokrotnie) o jej kryzysach i nie szukać tłumaczeń czynnikami zewnętrznymi, fanom Realu chyba irytacja bęckami, które Real od Barcelony przez ostatnią dekadę zebrał, nie pozwala spuścić powietrza nawet na sekundę, co skutkuje próbami wszczynania forumowych pyskówek barcelońsko madryckich kompletnie z …y, bez minimalnego związku z tematem. Pamiętaj o tym kiedy znowu będziesz tu innym protekcjonalnie pasował, że są „zagotowani” 🙂

    3. „Myślałeś o jakieś terapii?”

    … rzucił kocioł garnkowi.

    Polubienie

  21. 1. Raczej sam nie bardzo rozumiesz co piszesz xD

    Jeżeli ktoś jest „ofiara suto opłacanego braku ambicji” to chyba wybiera hajs ponad grę i sportowe ambicje. Kaka wybrał przejście z już rdzewiejącego Milanu do potężnie rozwijającego się Realu. Dudek zamienił ławę na pewniejszą i lepiej opłacaną ławę. Ale jednego lubisz, a drugiego mniej, to głupoty pleciesz xD

    2. xD

    3. Kreatywność wylewa się strumieniami.

    Polubienie

  22. Ale to Ty się wściekasz człowieku, upału jeszcze nie było, a z Ciebie aż paruje.
    I to dlatego, że napisałem, że dla mnie zamiana Dudka na Reinę, to była jakościowo żadna zmiana, a Kaka, który ugrzązł na ławce Realu wolał tam siedzieć, niż poszukać opcji grania… No też se znalazłeś powód do takiej spinki, żeby komuś pleść o terapiach i wyskakiwać nie wiem skąd z animozjami Barcelona – Real… Kreatywność rzeczywiście 10/10.
    Gratuluję – i zazdroszczę, bo to świadczy o braku poważniejszych problemów.

    Polubienie

  23. @Kaka
    On nie padł ofiarą braku ambicji, tylko ciągłej presji na natychmiastowy powrót do gry po kontuzji.

    @Dudek
    Jeżeli czyimś zdaniem w Realu chciał wyłącznie dorobić, to dlaczego żegnali go szpalerem?

    @Grecja
    Nikopolidis, Tzavelas, Karagounis, Charisteas, Zagorakis – to tak z pamięci, był jeszcze chyba Samaras i chyba ten, co grał wcześniej w Ajaksie – na M… Trudne te nazwiska… O, mam – Machlas. Razem z Karagounisem w środku grał jeszcze jeden na K… – obaj dotrwali aż do MŚ 2014. O, i chyba Seitaridis na boku obrony, potem wzięła go Benfica.

    Polubienie

  24. 1. W klubach na poziomie Realu każdy jest pod ciężarem presji porównywalnej do ciśnienia na dnie oceanu, a już na pewno gracze przychodzący tam jako gwiazdy. O ile pamiętam, to nie tylko kontuzja była tam problemem Kaki.

    2. To może wiedzieć tylko Dudek jakie miał zamiary w Realu Casillasa. Rzecz jasna taką ofertę niewielu by odrzuciło.

    Polubienie

  25. @Grecja 2004

    Jeden z najlepszych w historii dowodów na to, że futbol to gra zespołowa, Choćby nikt nie pamiętał żadnego nazwiska.

    Polubienie

  26. @GP
    Zdaje się że dobrym ziomkiem w szatni był, dobrym duchem. Może, podpisując kontrakt, bardzo chciał się właśnie z tymi gośćmi zaprzyjaźnić, może. Ja w sumie szanuję, jak ktoś nie gra, a potrafi być odczuwalną wartością dodatnią.

    @Ant
    Obaj w Realu spędzili 4 sezony, jeden zaliczył 12 występów, drugi 120.

    Polubienie

  27. @GP
    Skoro to z głowy jak piszesz to szczerze podziwiam
    @Ant
    Zespołowość w futbolu doceniam, ale od murowania bramki Rehhagela wolę hevimetal Kloppa. .

    Polubienie

  28. Z głowy, z głowy, ale znowu nie wiem, czy tego Tzavelasa nie pomyliłem z kimś innym, może to był Tsartas? (po sprawdzeniu Tsiartas).

    Polubienie

  29. @Alp

    Każdy woli. Ale z heavy metalem nie wyszliby z grupy, woleli zmierzyć siły na zamiary.
    Zmierzyli idealnie.

    Polubienie

  30. Uff. Wreszcie po ośmiu dniach chyba wiem dlaczego zostałem zablokowany. Prawdopodobnie poszło o „kurdupli nawalonych kingsajzem i utrwalonych polo coctą”, chociaż to nie były najostrzejsze sformułowania w moim komentarzu napisanym w konwencji Szuflandii do relacji ze słynnych ustaleń Nadszyszkownika z Gowinem. Tylko, że te naprawdę wredne były zredagowane w sposób bardziej opisowy.
    A najśmieszniejsze jest to, że pewności nie miał nawet udzielający/a mi odpowiedzi bo to „zrobił system”. No cóż? Już od dawna nie mam wątpliwości, że dożyliśmy czasów, w których jak włącza się system, to wyłącza szare komórki.

    Polubienie

  31. No i zaczęło się… – Borussia prowadzi już 2:0 z Schalke. Oczywiście rywala napoczął Halland. A sam mecz taki sobie. Długa przerwa w grze aż bije po oczach.

    Polubienie

  32. Myślę, że to co nas naprawdę kręci to nawet nie rekordy świata tylko sposób w jaki są one ustanawiane. To dlatego nikomu (a przynajmniej zdecydowanej większości) nie sprawiło frajdy zdobycie tytułu ME przez Greków

    Polubienie

  33. „Myślę, że to co nas naprawdę kręci to nawet nie rekordy świata tylko sposób w jaki są one ustanawiane. To dlatego nikomu (a przynajmniej zdecydowanej większości) nie sprawiło frajdy zdobycie tytułu ME przez Greków”
    O to, o właśnie to.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s