Lewandowski wygasza Kopalnię

Niepojęte i skandaliczne, ale jeszcze nigdy nie poświęciłem osobnej blogonotki cyklicznemu wydawnictwu z najlepszym moim zdaniem polskojęzycznym pisaniem o piłce nożnej.

Kopalnię – sztukę futbolu” wymyślili Marek Wawrzynowski oraz Piotr Żelazny, ten ostatni rozwija projekt po dziś dzień i niedawno wypuścił piąty tom, a ja chciałbym niniejszym nadrobić zaniedbanie i pozachwalać ów nieregularnik ­– doprecyzowując: ukazuje się wtedy, kiedy się ukazuje – z bezwstydną stronniczością. Sam bowiem przykładam do przedsięwzięcia palce, od początku i w każdym numerze.

Inauguracyjny ukazał się w 2014 roku, poświęcony był mundialowi. Każdy następny też miał z góry zakreślone terytorium, po którym podróżowali autorzy, choć otaczały je granice niewyraźne, ruchome lub wręcz niewidzialne, piszący chętnie czerpali z wolności zbaczania na odległe peryferia. Powstały więc kolejno tomy o: wielkich piłkarskich umysłach, władzy, pięknie, a także – pozycja najnowsza – porażce. Zawierają teksty reprezentujące wszelkie możliwe gatunki, które łączy to, że pospraszani z różnych galaktyk autorzy raczej nie muszą się ograniczać również pod względem rozmiaru dzieła, wypisują tyle akapitów, ile im się wyfantazjuje, i są zobowiązani tylko do jednego: podejmowania tematów, które ich pasjonują. Mógłbym tutaj rekomendować cały tłum zasłużonych – Polaków i obcokrajowców, dziennikarzy i literatów, zawodowo piszących o sporcie i skupionych na dziedzinach dalece istotniejszych, entuzjastów futbolu zaprzyjaźnionych (jak rodak z Podbeskidzia czy wojownik znany gdzieniegdzie jako Kogucie Serce, obaj cytowani na blogu tysiąckrotnie) i nieznajomych – ale zaniecham, bo opowiadałbym bez końca. Lepiej czytajcie to, co wspaniali autorzy napisali. Np. relację ze śledztwa w sprawie umoczonego w dopingowym szambie srebra olimpijskiej reprezentacji Janusza Wójcika (wykutego na igrzyskach w Barcelonie) albo odkrywanie prawdy o mitycznym, pierwszym meczu Polaków na mundialu, w którym nasi ulegli Brazylii dopiero po dogrywce, w niewyobrażalnym stosunku 5:6.

Ten ostatni materiał – fenomenalny, tyleż o sporcie, co o pokręconym, wokółwojennym losie Ślązaków – zdobył niedawno nominację do nagrody Grand Press w kategorii „dziennikarstwo specjalistyczne”. Wyróżnienie wybitnie zasłużone, jako kolega po fachu czytałem Leszka Jarosza podekscytowany i podkłuwany zazdrością, że sam tak nie umiem. A ponieważ nominowany został również inny tekst z piątej „Kopalni” (w kategorii „publicystyka”, akurat sam napisałem), to wszyscy zaangażowani w projekt mieliśmy niesłychaną frajdę. Oto wydawnictwo niszowe i poświęcone jakiejś tam piłce nożnej zostało docenione przez jury najbardziej prestiżowej nagrody dziennikarskiej w Polsce. A ja nie mogłem uwierzyć, że moją błahostkę (nie zgrywam skromnisia: to jest przecież o ganianiu po trawie, w zamiarze beztroskiej zabawie) umieszczono wśród najznakomitszej publicystyki, podejmującej fundamentalne kwestie społeczne, polityczne, kulturalne etc.

Kilkanaście dni później Robert Lewandowski został ogłoszony piłkarzem numer jeden na planecie, co znów przywiodło mnie do refleksji, że nawet ci pośród nas, którzy wielbią go bez opamiętania, nie zdają sobie sprawy, na jak wyjątkowy moment historyczny rzucił ich los. Że w pełni docenimy go dopiero w przyszłości, gdy zejdzie z boiska na zawsze, boleśnie odczujemy stratę, zaczniemy sobie uświadamiać, że wśród rodzimych graczy nigdy nie ujrzymy nikogo o choćby zbliżonej sportowej klasie. Zresztą nie dotyczy to tylko nas, Bayern też może tęsknić za następcą pół wieczności. Poprzedniego laureata nagrody dla najlepszego piłkarza świata mieli w swoim klubie prawie 40 lat temu.

To właśnie fantastyczny sukces monachijskiego supergwiazdora skłonił mnie, by wreszcie nablogować o „Kopalni”.

W tekście do ostatniego tomu, tego wyróżnionego w Grand Press, postanowiłem bowiem zająć się czymś, co może strzelić do głowy tylko Polakowi – zbadać, czy mieszkam w kraju najgorszej piłki nożnej w dziejach cywilizacji. Misja najłatwiejsza pod słońcem, przed znęcaniem się pozostała mi tylko przyjemność doboru narzędzi tortur, mam nadzieję, że wybaczycie, że nie zdradzę tutaj rozwiązania. Nie przypuszczałem jednak, iż w moje dochodzenie postanowi wtrącić się właśnie Lewandowski.

Już wyjaśniam. Wśród zatrzęsienia dowodów na naszą wrodzoną podrzędność przedstawiłem w rzeczonym dziełku listę laureatów Złotej Piłki, na której nie widnieje żadne polskie nazwisko, choć jurorzy znaleźli powody, by uhonorować nawet skażonych komuną bliskich lub ciut dalszych sąsiadów, nienależących przecież do supermocarstw – Czechów (Josef Masopoust, Pavel Nedved), Rosjan (Lew Jaszyn), Węgrów (Flórián Albert), Ukraińców (Ołeh Błochin, Ihor Biełanow, Andrij Szewczenko) czy Bułgarów (Hristo Stoiczkow). Pisałem to wiele miesięcy temu, jeszcze przed koronazawieruchą, nie wiedząc, że w 2020 roku zakasować wszystkich planuje pewien napastnik Bayernu. I choć nie wręczą mu Złotej Piłki, to zatriumfuje w konkursie FIFA, regulaminowo niemal identycznym.

Owszem, jednego z twardych dowodów rzeczowych Lewandowski całkiem nie obalił – takie z Polaków przegrywy, że kiedy jeden z nas wystrzelił na szczyt, to złośliwi Francuzi zlikwidowali swój plebiscyt i schowali przed nami najcennniejszą ze statuetek. Co gorsza, mają prawo podeprzeć się moralną słusznością, ponieważ Polaka w wyścigu o tytuł piłkarza nad piłkarzami mocno pchnęło ku mecie odwołanie Euro 2020. Gdyby mistrzostwa się odbyły, to na głównego solistę rozbłysnąłby prawdopodobnie ich złoty medalista, czyli przedstawiciel innej narodowości.

Wszystko prawda, czuję się kryty, ale też nie chcę przesadzać z ekwilibrystyką – Lewandowski poniekąd unieważnił tamten akapit, przynajmniej troszeczkę. Można więc rzec, że najświeższa „Kopalnia” już się nieco zestarzała, a proces wymazywania rozpoczął się akurat od mojego tekstu. Czuję się typowo po polsku, normalnie człapiąca klęska.

63 myśli na temat “Lewandowski wygasza Kopalnię

  1. „normalnie człapiąca klęska” – Bajeczne! Ale też przesadzone! Pomyśl jak poczujemy się my wierni Twoi czytelnicy…

    Polubienie

  2. A właśnie mam jakieś takie wrażenie, że Euro ubiegłej wiosny mogło być w miarę udane, bo nie tylko Lewy, ale i Krychowiak zachwycał formą, Milik może nie rewelacyjnie, ale jednak grał, a 10 goli w lidze plus 3 w pucharach to przecież całkiem nieźle, oprócz Rybusa kontuzji ważnych zawodników nie było (Bielik i tak by za wiele nie grał).

    Gratuluję Gospodarzowi nominacji i generalnie kto w Kopalni pisuje, tego bardzo szanuję.

    I tylko jedna uwaga – nie ma czegoś takiego jak Podbeskidzie, to jeszcze większy mit, niż polski futbol.

    Polubienie

  3. Jeśli chodzi o tych „skażonych komuną” laureatów z nowszych czasów (bo wcześniej zasady plebiscytu też były inne), to Stoiczkow (chyba jeszcze wg tych starych zasad) był jednak gwiazdą nie tylko Barcelony, ale w 94 również całego mundialu, Szewczenko z kolei nie musiał się zmagać z dwoma „behemotami”, jak rywalizujący o tytuł w obecnej dekadzie.

    Co do tekstu o rzeczonej Barcy, w papierowym wydaniu GW, to tak wygląda rzeczywistość, gdy się wybierze sternika nieudacznika, akurat w Polsce doskonale to wiadomo.

    Polubienie

  4. @GP
    „nie ma czegoś takiego jak Podbeskidzie”

    Jak nie ma, skoro stamtąd jestem. To by znaczyło, że jestem znikąd.

    @antropoid
    „Stoiczkow (chyba jeszcze wg tych starych zasad) był jednak gwiazdą nie tylko Barcelony”

    No nikt nie bronił naszym zostać gwiazdami mundialu.

    Polubienie

  5. @Autor
    z tego co wiem Sz. P. jest z Bielska, którego granicę administracyjne łatwo sprawdzić.
    Jakie zatem są granice Podbeskidzia? Czy Wisła, Cieszyn, Kęty, Czechowice, Wadowice, Laliki i Strumień zmieszczą się w tej nowej krainie publicystycznej? (bo nie jest na pewno krainą historyczną, geograficzną ani żadną jasno określoną jednostką administarcyjną).

    Ps. Czesi mają jeszcze mniej odległego zwycięzcę, Nedveda.

    Polubienie

  6. Skoro poszło w geografię, to ja też się zajmę głupotami, ale już przez duże G. W końcu mam ku temu wszelkie kompetencje.

    Przygotowując się do egzaminu doktorskiego z filozofii (spokojnie, dyscyplina pomocnicza) zauważyłem, że nie ma w dziejach myśli ludzkiej nie tylko konsensusu co do tego, co znaczy istnieć, ale nie pojawiły się nawet nazbyt szerokie próby odpowiedzi na takie pytanie. Łatwo mogę pokazać na przykładach, że jest ono dalece nieoczywiste. Dyskusję o istnieniu lub nieistnieniu Podbeskidzia zaczęliście zatem trochę od środka.

    A tak bardziej do adremu, to strasznie nie lubię tego fetyszyzowania złotych jajek, srebrnych trzewików i innych indywidualnych nagród za postawę zespołu. Mierzenie jakości piłkarstwa w kraju za pomocą zliczania jakichś złotych kulek byłoby chyba czymś, co by mnie od kopalnianego tekstu odrzuciło całkiem jak rażenie prądem.

    Polubienie

  7. @Radek
    Podbeskidzie to kraina duchowa!

    @Koziołek
    „Mierzenie jakości piłkarstwa w kraju za pomocą zliczania jakichś złotych kulek byłoby chyba czymś, co by mnie od kopalnianego tekstu odrzuciło”

    Podejrzewanie, że mógłbym się posłużyć tylko taką aparaturą badawczą, chyba mnie obraża (a może i jurorów Grand Press). Przemyślę, czy nie powinienem się pogniewać.

    PS No i zachęcam do przeczytania całej Kopalni, tam dużo dobra jest.

    Polubienie

  8. @Rafał
    Zmrożony wizją gniewania, oświadczam co następuje:
    Ależ ja nigdy w tym kontekście nie podejrzewałem Cię o jakiekolwiek „tylko”. Stanowczo jednak, i nie bez uzasadnionych poszlak, oskarżam o „między innymi”. Wierzę w głębi serca, że narzędzie zostało użyte dla celów stylistycznych, a może wręcz humorystycznych. W tym drugim przypadku nawet byłbym gotów wycofać krytykę. W tym pierwszym – stanowczo stonować. Wierzę, bo trudno mi uwierzyć, że magia tych wszystkich metalurgicznych nagród porwała i Ciebie.

    A same kopalnie to bardzo chętnie, tylko niech mi dzieci podrosną, bo nie mam kiedy poczytać…

    Polubienie

  9. Koziołek uderzył w samo sedno, więc pozostaje mi nie ciągnąć tego, jak się okazało, nieistotnego wątku, tylko pozdrowić krainę duchową w jej całej rozciągłości od Sarniego Stoku aż po same podnóża Szyndzielni.

    Polubienie

  10. „i innych indywidualnych nagród za postawę zespołu”

    Żyjemy po prostu w okresie fetyszyzacji jednostki, nawet gdy zasługa jest w oczywisty sposób drużynowa, musimy sobie wybrać jakąś jednostkę, sporządzić na jej temat szereg relacji ocierających się o żywoty świętych, tak pod względem uwielbienia jak i wiarygodności.

    Moim ulubionym przypadkiem jest Monchi. Facet mógł sobie gadać w wywiadach ile chciał, iż żadnego piłkarza nie ściągnął autorytarną osobistą decyzją, iż zawsze decydowano wspólnie, iż wielki wpływ mieli skauci ze swoimi ocenami, zawsze w liczbie mnogiej. Mógł sobie gadać, że to nie tylko jego zasługa, na koniec tekstu zawsze było że Monchi to geniusz i nawet świetna kawa w automacie to jego zasługa.

    Nawet nieudany mariaż z Romą na koniec nie zaszkodził, Monchi wrócił tam gdzie dobrze dogadywał się ze współpracownikami i gdzie miał ugruntowaną pozycje i „wrócił geniusz”. Nie zrozumcie mnie źle, facet bez wątpienia jest świetny w tym co robi, ale by robić dobrze to co robi, w dość oczywisty nie wystarcza jednostkowy „geniusz”, potrzeba współpracy, w Romie ścinał się z innymi w klubie i geniusz nie pomagał. Tylko kogo to obchodzi, taka historia nie sprzeda dobrze nakładu. A o to przecież w dziennikarstwie chodzi.

    Polubienie

  11. „Fetyszyzowanie jednostek” istniało od zawsze. My natomiast żyjemy w czasach kreowanych przez „gwiazdy” reklamy. A sportowcy, poruszający naszą wyobraźnię, nadają się do tego jak mało kto. Im bardziej „oglądalna dyscyplina” tym bardziej I nie chodzi tu tylko o „czytalnośćczy glądalność” (tfu! co za świństwa). Głównym celem jest wielkość przychodów ze sprzedaży reklam. I tak wyróżniający się sportowcy stają się „gwiazdami” reklamy. To ważny mechanizm finansowania i to nie tylko mediów, ale i sportu.
    I trudno mieć pretensję do samych dziennikarzy… – większość rzetelnie wykonuje swoją pracę, dzieli się z nami informacjami, swoją pasją i emocjami, często nie mając lub mając ograniczony wpływ na to jak ich praca jest wykorzystywana.
    A zaczęło się niewinnie; – od sprzedaży fotek hollywoodzkich gwiazdeczek kina niemego.

    Polubienie

  12. Ponieważ nie chcę mi się logować, żeby kliknąć polubienie komentarza kolegi 0Twojastara – IMHO bardzo trafnie opisującego rzeczywistość nie tylko piłkarską – to dorzucę swoje trzy grosze i zaryzykuję tezę, że świat nie poznał jeszcze geniusza, który nie miał szczęścia trafić w swoim życiu na odpowiednich ludzi. Za każdym sukcesem w 99,9% stoi więcej niż jeden człowiek. Powiedzenie, że „sukces ma wielu ojców” jest więc co najmniej dwuznaczne.

    Polubienie

  13. Chciałbym zaznaczyć na łamach Kroniki, choć w sumie nic mi do tego, ale z drugiej strony czemu miałbym nie powiedzieć, mogę być przecież czasem nieco bezczelny lub wystawić czoło celem przybicia pieczątki psychofana, będzie w tym zresztą zapewne nieco prawdy, chciałbym zaznaczyć, że Kopalnia jest nieco więcej niż wydawnictwem, znakomitymi tekstami, które z niej można wydobyć, i to nawet dosyć odkrywkowo, albowiem otwórzcie każdą z tych książek (sic!) na dowolnej stronie, a traficie na kruszec pierwszej próby, ale jest również Kopalnia inicjatywą rozmawiania poprzez futbol o szeroko pojętym świecie, jakąś taką kurde – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – ideą, wyrażaną w dodatku nie tylko poprzez tekst pisany, ale również tekst słowem żyjącym mówiony. Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania przy okazji publikacji następnego numeru za jakieś pięć do ośmiu lat!

    Nawiązując do artykułu Rafała w Kopalni, byłem na początku nieco zaskoczony – jakby to powiedzieć – jego zabarwieniem. Moje pierwsze skojarzenie po przeczytaniu: Smarzowski. Naprawdę, gdyby ów reżyser miał kręcić film opowiadający o nadwiślańskim futbolu, mógłby swój obraz otworzyć sceną rozpoczynającą kopalniany tekst Szefa. Szefie, pisz scenariusz. W środkowej części opowieści, to brutalne wrażenie odrobinę słabnie, jest sporo geografii i plenerów, choć zapomina Rafał np. o tym, że Górski i Gmoch są nieomalże założycielami piłki greckiej, zaś Grecy byli przecież mistrzami Europy. Zapomina również, że nie tylko Wembley nam się przydarzyło, ale ostatnio raz na dekadę wygrywamy mecz z jakąś wielką Bestią. To ważne i ma znaczenie.

    Dyskutując wciąż w miarę poważnie, choć nie do końca, zacząłem się zastanawiać, jaki wpływ na mnie miała polska piłka, jako na człowieka. Gdy byłem dzieckiem, futbol był dla mnie najważniejszy, oglądałem – tak jak zapewne większość z Was – wszystkie te porażki, w szczególności wszystkie mecze z Anglikami, w których zawsze mieliśmy teoretyczne szanse, żeby zremisować, zaś praktycznie – wiadomo jak się to zawsze kończyło. Nawiasem mówiąc, jeden mój kolega w tamtych czasach mieszkał i chodził do szkoły w Londynie. To dopiero trauma. Kumple pytali go podobno po którejś rywalizacji, czy my, Polacy, czy Polacy jesteśmy w czymkolwiek dobrzy, i wówczas – również podobno – nabrał ich kolega, że konstruujemy najlepsze na świecie samoloty. Dochodzę do wniosków niewesołych. Polski futbol ukształtował mnie pesymistą. Bywa, że zamiast podchodzić do Świata trzema napastnikami, wychodzę środkowymi obrońcami trzema.

    Kolejną refleksją jest ta, że w swoim życiu nigdy nie kibicowałem i nie potrafiłbym kibicować – w jakiejkolwiek dyscyplinie – drużynie, która na starcie rozgrywek jest traktowana jako ich zdecydowany faworyt. Uwielbiam, kiedy są perspektywy zwycięstwa z przeważającymi siłami Losu, ale mniejsze niż większe, sprawiające, że potencjalne zwycięstwo mogłoby być w jakiejś mierze potwierdzeniem założenia, że warto pomagać słabszym i czymś przez owo założenie szlachetniejszym. Tak to sobie dziś tłumaczę, ale być może – u zarania – determinuje mnie Leśniak, który nie trafia w sytuacji sam na sam z bramkarzem, albo przegrana ze Szwedami, pierwszy mecz jaki pamiętam doskonale. Wciąż widzę nagłówek Przeglądu Sportowego, jeszcze przed piękną bramką Tarasiewicza, słowa Zbigniewa Bońka: „Remis jest realny”.

    A może jest tak, że teoria jest piękniejsza niż praktyka? Nie wiem. Pewne jest w każdym bądź razie, że porażka Szefa będzie wkrótce jeszcze pełniejsza niż aktualnie i mam nadzieję, że również za sprawą Roberta Lewandowskiego, albowiem niechybnie zmierzamy ku kolejnemu wielkiemu zwycięstwu nad rycerzami Albionu. To znaczy reprezentacja Polski zmierza. Albo my zmierzamy. Remis jest realny. Zerwijcie ze mnie tę Dejaniry płonącą koszulę

    Polubienie

  14. Nie zapominajmy tylko o cenie tamtego zwycięstwa. Kosztowało ono nas utratę piłkarza, który jak mało kto miał papiery na polskiego piłkarza wszech czasów.
    P.S.
    Włodek Lubański wielokrotnie wyjaśniał, że Mac Farland go nie faulował. Sam słyszałem wywiad z Włodkiem, w którym zapewniał, ze go nawet nie dotknął. Ale nigdy w te sportowe uprzejmości nie uwierzyłem jak wielu, którzy oglądali mecz w Chorzowie i widzieli to brutalne wejście Mac Farlanda wyprostowaną nogą.

    Polubienie

  15. @STANISLAW

    Leśniak z Anglią to w ogóle alegoria polskich futbolistów z ostatniego 30-lecia. W B’lidze z Bayernem hat-tricki, przewrotki z 16 metra, a potem na kadrze taki bubel jak w Chorzowie – dwie „patelnie” i dwa farfocle przeciwko słabemu akurat wtedy bramkarzowi Anglii. Było trochę tych różnych „Guciów”, czy innych „Radogoali”, za granicą zachwycających, a w reprze głównie irytujących.

    Z eliminacjami, z których pochodzi wspomniany przez Ciebie mecz ze Szwecją to mnie się akurat najczęściej przypomina gest rozpaczy Łazarka na Wembley – przed pierwszym gwizdkiem(!!!) :)))

    Piłkarzy to myśmy wtedy i nawet jeszcze potem, kiedy do rutyniarzy dołączyli olimpijczycy z Barcelony, mieli całkiem dobrych, tylko już ich na boisku dusiły kompleksy i mierność „tuzów” PMSz.

    Polubienie

  16. @ANTROPOID
    oj, jako chorzowianin muszę wtrącić się w sprawie Gucia. Zrównanie go z innymi polskimi napastnikami tamtych czasów jest niesprawiedliwe. Jako jeden przez wiele sezonów potrafił utrzymać wysoką formę strzelecką w przyzwoitym klubie. Na sezon czy pół wystrzeliwali Leśniaki, Juskowiaki, Furtoki, Mielcarskie, Kowalczyki, ale on jeden, sezon w sezon, trzaskał kilkanaście bramek. A przez to, że tamci tak ładnie wyglądali przez te kilka tygodni, trenerzy reprezentacji czynili z nich głównych napastników, Warzychy nie powołując lub wstawiając go gdzieś na skrzydle. Nie potrafili wykorzystać jego talentu, a ten był ponadprzeciętny, bo Gucio miał nie tylko niezwykle rozwinięty instynkt strzelecki i umiejętność znalezienia się we właściwym miejscu w polu karnym, ale świetnie dryblował, a ta sztuka była już wtedy obca polskim piłkarzom. Potrafił wejść z piłką z drugiej linii w szeregi obrońców, sam sobie stwarzał sytuacje. Polski napastnik lat 90-tych po przebiegnięciu 3 metrów z piłką tracił i piłkę i głowę, wzrok, oddech, a na koniec potykał się o własne nogi – tu była przepaść (może jeszcze Kowalczyk jakoś dawał radę, Kosecki to inna pozycja). Dokładam też interpretację psychologiczną: Warzycha był za skromny, za cichy, powinien się postawić, nie pozwolić się przestawiać, jednym słowem: być bardziej gwiazdorski. Reprezentacja powinna być wówczas budowana wokół niego, powinien w niej mieć dużo więcej miejsca i swobody

    Polubienie

  17. @GREEDOO

    Ale ja mu nie odmawiam klubowych zasług (wielkich, fakt) w Grecji, no i wcześniej też w Ruchu, chodzi mi właśnie o to znikanie w reprezentacji. Oczywiście musiał w tym mieć udział dołujący poziom rodzimych selekcjonerów (zresztą czas pokazał, że z gorszym materiałem piłkarskim poległ także wracający wielki Piechniczek, zdaje się czmychnął nawet przed końcem eliminacji), ale przecież to samo można powiedzieć w odniesieniu do innych graczy.
    Natomiast co do Furtoka, to się nie zgodzę, bo w silnej Bundeslidze nie był jakimś meteorytem, tylko uznaną marką. Tyle, że jemu akurat chyba niespecjalnie chciało się grać „z orzełkiem na piersi” (nie trawię tego dętego sloganu).
    A Kowalczyk to jeszcze inna bajka, ten z kolei w reprze zapisał się dużo lepiej, niż za granicą.
    To był napastnik co się zowie, taki „towar” zawsze u nas deficytowy – bo nie spalała go psychicznie duża stawka i rywale z górnej póły (potem miał to jeszcze np. Citko). Tylko nie miał cierpliwości do prowadzenia sportowego trybu życia.
    Ogólnie rzecz biorąc, od końca ery Bońka do 2 połowy lat 90-tych było u nas trochę tych grajków z kompetencjami na coś więcej, niż tylko pojedyncze remisy z tuzami w regularnie przegrywanych eliminacjach. Konkretny selekcjoner na pewno mógł z nich wyciągnąć coś więcej, bo zbiorowo nie był to materiał piłkarski gorszy, niż miały Rumunia/Bułgaria pierwszych lat transformacji.
    Raczej zabrakło charakteru, prawdziwego lidera na ławce i na boisku.

    Polubienie

  18. Przepraszam, że tak późno, ale najlepsze życzenia na Święta dla Ciebie Rafał i Wszystkich Przyjaciół na blogu. Po raz pierwszy jestem w sytuacji, kiedy jedyne racjonalne życzenia sprowadzają się do; – obyśmy przeżyli. Dlatego Wszystkim życzę zdrowia i zdrowia dla wszystkich , korzy są dla Was bliscy, a także dla tych , którzy są bliscy dla Waszych Bliskich.
    A szczęścia sobie i Wam również życzę. Odrobina frajdy w życiu każdemu się przydaje.
    Wigilię spędziłem z żoną…tą samą od blisko 59-ciu lat i jak zwykle było nam razem fajnie. Pierwszy dzień Świąt spędzę z synem, synową i wnuczką szczęśliwy, że jak nawet wpadnie Policja czy Sanepid, to mandatem/grzywną i tak się to nie zakończy.
    P.S.
    I trudno się odpędzić od świątecznej refleksji. Myślałem, że kogoś kto przeżył komunę już nic nie może zaskoczyć… – myliłem się!

    Polubienie

  19. Ale pod względem samych tylko kompetencji w operowaniu piłką? Proszę bardzo: choćby Dziekanowski – technicznie nie był gorszy na pewno, z piłką umiał zrobić wszystko, niestety mentalność była już z niższej ligi.
    Poza tym ja pisałem o materiale zbiorowym. Był taki, że solidną drużynę, na ten choćby jeden awans na mistrzostwa i jeden udany turniej można było zmontować.

    Polubienie

  20. Dziekanowskiego traktuję raczej jako przedstawiciela kadry, która jeszcze awansowała. Najlepsze jego czasy to właśnie połowa lat 80. Niby potem jeszcze grał, ale to była równia pochyła.
    A przede wszystkim – talent to nie wszystko, no i okazało się, że nie był to zawodnik formatu Hagiego i Stoiczkowa.
    I jak patrzę na to, kogo mieliśmy zwłaszcza w obronie, to był to skład na poziomie 2006-12. PIerwsza runda i do domu. WIęć skoro było 8/24, a nie 16/32, to awansu nie było.

    Polubienie

  21. 1. Wtedy był jeszcze młody, z jego talentem mógł potem wiele lat grać na wysokim międzynarodowym poziomie. Że to wykorzystał może w 30 procentach to inna sprawa – właśnie dlatego pisałem o różnicy między umiejętnościami, a mentalnością. Zresztą przypadłość chyba całego pokolenia.

    2. „…był to skład na poziomie 2006-12” – Z tym to się już w ogóle nie zgodzę, jednak każdy ma prawo do własnego zdania.
    Nawet jeśli obrona nie była najwybitniejsza w historii kadry, to już dalej w polu nie brakowało ludzi z papierami na duże granie. Zwłaszcza w II linii.
    Ale, że – znów wracamy do punktu wyjścia – nie było na boisku mentalnego lidera, a na ławce trenerskiej dowódcy z prawdziwego zdarzenia, tylko kolejni przedstawiciele coraz bardziej zacofanej PMSz, to wyszło jak wyszło. Potem wystarczało, że w tunelu na Wembley przed meczem Anglicy zaczęli wrzeszczeć i tłuc w ściany, a cały wigor „biało-czerwonych” zastąpił kisiel w gatkach.

    Polubienie

  22. Poniższy komentarz nie ma nikogo obrazić ani wyśmiać, może prócz autora komentarza. Ma być karykaturą i inspiracją do zabawy. Nie ma być głosem w dyskusji o szansach Polaków w latach 90′ na cokolwiek, czy chodziłoby o dostanie się do Mistrzostw Świata, Mistrzostw Europy, NATO, czegokolwiek. Proszę nie grozić mi żadnym gniewaniem, bo się ostentacyjnie nie przejmę.
    ————–
    Zawsze miałem ochotę pociągnąć tu taki ranking „bohaterowie dzieciństwa i ich wyimaginowane supermoce”. Myślałem sobie – każdy przecież miał jakąś irracjonalną słabość do pewnego piłkarza, często w sumie przeciętnego. Może będzie z tego trochę śmiechu, jak się powymieniamy wspomnieniami tego typu? Zasiałem ledwie ślad ziarenka i proszę – kiełkuje.

    Mamy już Larsa „koszenie Bundesligi 12 golami” Rickena i Dariusza „Hagiego” Dziekanowskiego. Zapraszam do zgłaszania kolejnych nominacji.

    Polubienie

  23. Mam problem. Raz, że skleroza swoje robi, a ponadto chyba tak mam, że jak ktoś mi podpadnie, to go skreślam i idę w zaparte… – trudno mi się przyznać, że były momenty, gdy mnie fascynował.
    Ale jak zacząłem grzebać w pamięci poszukując „irracjonalnej słabości do pewnego piłkarza, często w sumie przeciętnego” , to dwa nazwiska mi się nasunęły; – bohater Wembley Jan Domarski (z jego pamiętnego gola ponoć koledzy żartowali; – „Jasiu zeszło Ci”) i Tomek Hajto (chyba do dzisiaj rekordzista gola strzelonego dla reprezentacji z największej odległości).
    Ale nie jestem pewien czy to raczej nie są przypadki tzw. 5 minut, które każdemu/wielu (nie tylko piłkarzom) się zdarzają, a później jadą na nich przez całe mniej lub bardziej beznadziejne życie.

    Polubienie

  24. Nie pamiętam bramki Hajty w kadrze z dużej odległości, ale wydaje mi się, że nie przebił Tarasiewicza i jego wolnego ze Szwecją. O, kolejny kandydat do rankingu Koziołka 🙂
    Generalnie to miałem tak, że każdy w miarę utalentowany piłkarz z Polski wydawał mi się – przynajmniej przez jakiś czas – potencjalnym następcą Maradony albo co najmniej Bońka, czy to Dziekanowski, Tarasiewicz, Citko czy Juskowiak. I tylko jakoś urokowi Kowalczyka nie uległem, może jakoś na przekór, bo ten był pompowany tak, że nawet jako nastolatek nie mogłem wytrzymać… Chociaż Citko jeszcze bardziej, ale on grał w Widzewie 🙂

    Polubienie

  25. Był taki Jacek Ziober. Jak przez mgłę, ale przez tę mgłę wydaje mi się świetny. Prawdziwie fascynujące to nadwiślańskie piłkarstwo, incepcja być może. Ktoś, kto je zbudował, jest wielkim architektem. Zastanawiam się, na którym poziomie snu aktualnie się znajdujemy i dlaczego nie możemy się obudzić. Dostrzegam w tym łapska prastarych jaszczurów, zimnokrwistych

    Polubienie

  26. Ano było sobie takie pokolenie: Tarasiewicz, Urban, Dziekanowski, Furtok, Ziober, Kosecki, dwóch Warzychów, Wdowczyk, potem dołączyli do nich srebrni z Barcelony. Umiejętności w tym towarzystwie na pewno nie brakowało – a wyniku nie było.

    Polubienie

  27. No ale zauważ, że poza Wdowczykiem nie wymieniłeś zawodników bloku obronnego. To naprawdę się liczy. Gdyby się nie liczyło, to w 82 mistrzem byłaby Brazylia.
    A poza tym skąd opinia, że Wdowczyk był taki dobry, to nie bardzo rozumiem.
    A nawet gdyby, to trzeba było jeszcze trzech, a tu do dyspozycji poza w miarę zdolnym Czachowskim i dość przeciętnym Kubickim byli tak „wybitni” jak Kaczmarek albo Soczyński (nic osobistego, po prostu nie ten poziom). Jak porównać np. z kadrą Engela, to chyba wszystko staje się jasne. A w bramce Wandzik lub Bako, żaden z nich nie osiągnął nawet poziomu Boruca, że o kimś lepszym nie wspomnę…
    A co do tych naszych napadziorów, to jak spojrzeć tak na chłodno na przebieg ich karier, to Osasuna albo francuskie średniaki jednak nie dowodzą wielkiej klasy sportowej, a na pewno nie takiej, która pozwoliłaby uważać się za równych czołówce.

    Polubienie

  28. A ja do dzisiaj nie potrafię zrozumieć jak to się stało, że pokolenie lat siedemdziesiątych zupełnie się rozjechało. Mieliśmy piłkarzy i trenerów, którzy liczyli się w światowej piłce. Późno, bo późno ale wyjechali z grajdołka (w którym „dorośli” do sukcesów), poznali także inną piłkę i… – po powrocie (niektórzy nie wrócili), albo produkowali nam przeciętniaków albo odchodzili od piłki, a w każdym bądź razie pozostawali ne jej marginesie.
    Nie potrafię też zrozumieć, dlaczego piłkarze z lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych (a i nam bliższych), którzy poznali nie tylko naszą kopaną, nie potrafili wychować piłkarzy ponadprzeciętnych. Przecież nie każdy wybitny trener jest byłym wybitnym piłkarzem. W światowej piłce przykłady, że często jest odwrotnie możemy mnożyć.
    Czy naprawdę (nie tylko w sporcie) musi być u nas patentem na sukces rywalizacja w dyscyplinie; – zjazd na ślinie do stołka.

    Polubienie

  29. Obstawialbym, że przyczyną degrengolady były stosunki mafijne, jakie rozwijały się już od lat 70. Nie było po co trenować, bardziej się opłacało dzwonić…

    Polubienie

  30. @GP

    A gdzie ja piszę o czołówce światowej? Piszę o mocnych średniakach z regionu, do których była szansa równać, biorąc pod uwagę posiadany materiał piłkarski.

    Bułgaria Stoiczkowa to tak naprawdę jeden super udany turniej (dwa kolejne, na które awansowała to już porażka), na którym przecież wcale ich mogło nie być, dzięki olśnieniu Kostadinowa w ostatniej chwili załapali się na ostatni stopień pociągu jadącego na mundial. Gdyby nie to, nikt by o tej reprze nie pamiętał, poza Bułgarią. Widać, ile czasem zależy od zwykłego łutu szczęścia.
    Rumunia lat 90-tych ogólnie więcej razy była na mistrzostwach i więcej razy z grupy wychodziła, ale też, nawet z Hagim nie starczyło polotu na więcej niż chyba dwa ćwierćfinały. Dlatego porównuję nas do takich ekip, a nie np. do Niemców.

    Druga sprawa – przynależność klubowa. Trochę mnie śmieszy to mitologizowanie etatów klubowych.
    Gdyby to miało takie przełożenie, to tytuły i medale tamtych lat regularnie powinni zbierać Włosi i Hiszpanie, tymczasem zwłaszcza elita spod znaku Barcy i Realu przed XXI wiekiem wypada na tym polu raczej żałośnie. A Duńczycy, którzy w 1992 przyjeżdżając z urlopów pozamiatali ME ileż to wielkich zachodnich klubów zaszczycali swoją grą?

    Nie wspominając o tym, że 30 lat temu naszych klubów nie dzieliła wówczas od Europy różnica kilkunastu poziomów, potrafiły jeszcze porywalizować o awans nawet z potęgami, do których dziś ich już ich nawet nie dopuszczą. Tylko w Polsce się najlepszych graczy nie koncentrowało w dwóch najmocniejszych resortowych klubach.

    Reasumując: jeśli chodzi o potencjał czysto sportowy dało się z posiadanej mąki uformować strawny chleb na tę jedną choćby piłkarską ucztę. Taki, żeby w grupie powalczyć o awans i nie było wstydu.
    Tylko tutaj już wtedy zapanowała kultura porażki i tumiwisizm, a to ciężko wyplenić.

    I na koniec jeszcze o bramkarzach: Z nie lepszymi niż Bako i Wandzik drużyny z powodzeniem grały na MŚ/ME, a już zupełnie nie wiem, czego brakowało Borucowi, że piszesz o nim „…nie osiągnął nawet poziomu Boruca, że o kimś lepszym nie wspomnę…” Boruc w formie to właśnie była międzynarodowa czołówka.

    Polubienie

  31. Ja największą słabość miałem do Mirka Szymkowiaka- jedyny (za mojej pamięci) prawdziwy środkowy pomocnik rozgrywający (taki nasz Pirlo), którego kariera niestety nie potoczyła się dobrze ze względów zdrowotnych.A propo trenerów i niewykorzystanych szans, żałuję niezmiernie, że Henryk Kasperczak nigdy nie poprowadził naszej reprezentacji, zwłaszcza w okresie swego prime, bo wg mnie to mogła być jedyna szansa by z przeciętnymi piłkarzami na przełomie wieków coś osiągnąć (vide Otto Rehagel)- z takimi Grekami Mistrzostwo Europy to się nikomu nie przyśniło..

    Polubienie

  32. Mirek Szymkowiak??? – Pamiętam taką scenkę… – traci piłkę pod polem karnym rywala, biegnie za nim, przez całe boisko aż pod własne pole karne, żeby go sfaulować od tyłu. Musi myśliciel…
    P.S.
    Z tym powrotem z wyprzedaży do Turcji, to też była chyba niezła jazda…

    Polubienie

  33. @Antropoid
    1. No więc nam do takiego zrywu jak Bułgaria czy Szwecja brakowało zawodników pokroju Hagiego, Stoiczkowa, Nedveda czy choćby Laudrupa. Jak ktoś twierdzi, że u nas tacy byli, to zwyczajnie się nie zgodzę.
    2. Wielkość Realu i Barcelony – jeżeli chodzi o przełom lat 80 i 90. – to mit. W tym czasie rządzili Włosi z rzadka podgryzani przez Niemców, plus nie wiadomo jaki mieli poziom Anglicy, bo nie grali w pucharach, natomiast w latach 86-91 Hiszpanie z tego co pamiętam nie dochodzili do finałów, a jak już, to Atletico przegrało ze Steauą. I dlatego też Włosi potrafili gdzieś dojść, a Hiszpanie nie. Dochodzi kwestia ograniczeń miejsc dla cudzoziemców w klubach, przez co na ogół stranieri byli liderami i gwiazdami zespołów.
    3. Nasi walczyli jak równy z równym, a taka Steaua, Ćrvena Zvezda czy Dynamo po prostu zdobywały te puchary. Zresztą walka równa to może była z Hiszpanami, za to z Niemcami był klasyczny wpierdol. My w tym czasie w ogóle dwa razy graliśmy w pucharach na wiosnę przez całe 15 lat, kiedy robił to prawie każdy, w tym Szwedzi, Austriacy i Szkoci, i to nawet Dundee.
    4. Duńczycy w 92 to mieli Schmeichela i Laudrupa, chyba nie muszę mówić w jakich klubach grali.
    5. Co do Boruca to uważam, że takie zrywy jak on to miał też Wandzik, tyle że krótsze, a najlepszy mecz akurat nie był pokazany w tv, natomiast nie zapominajmy że zawalił eliminacje do MŚ 2010, a w 2014 bronił na poziomie w najlepszym razie tegoż Wandzika, żeby nie rzec że Kazimierskiego… DO czołówki światowej to ona należał w polskich mediach, gdyby naprawdę tak było, toby Celtic nie był jego szczytem.
    Generalnie przekonanie, które podzielałem wtedy, że mamy super utalentowanych zawodników, nie gorszych niż inni, dziś po chłodnej analizie karier naszych gwiazd i gwiazd bałkańskich i skandynawskich czy czeskich uważam za mit i zwykłe wishful thinking. I nie ma co się zasłaniać ciągłym losowaniem Anglii, skoro potrafiła ich ograć nawet Norwegia, a my nigdy.

    Polubienie

  34. 1. No więc jeszcze raz: nigdzie nie napisałem, że mieliśmy Hagiego, czy Stoiczkowa. Napisałem, że mieliśmy piłkarzy, którzy technicznie od nich nie odstawali, ale mentalnie już tak. Dlatego uważam, że mogli grać o coś więcej, niż osiągnęli – ale z odpowiednim selekcjonerem. Nie mógł ich porwać np. Łazarek, który przed pierwszym gwizdkiem na Wembley ukrywał twarz w dłoniach. Choć moim zdaniem w Sztokholmie z silnymi Szwedami zagrał przyzwoity mecz, rywal miał przewagę, no ale wiadomo – własne ściany itd.

    2. „Wielkość Realu i Barcelony – jeżeli chodzi o przełom lat 80 i 90. – to mit.” – może pod względem wyników w Europie, ale nie pod względem składów i prestiżu. Potem zresztą wyniki klubowe się zaczęły, gwiazd nie brakowało, a wyniku kadry nie było nawet na miarę Bułgarii’94. Trzeba było czekać do 2008.
    „W tym czasie rządzili Włosi” – no właśnie i co ugrali w omawianym okresie?… Jedno III miejsce na mundialu u siebie, co uznali za klęskę i finał w 1994, no i niech będzie, że dołączymy do tego finał ME 2000. Trochę mało, jak na wielką dominację klubów. Zatem liczba etatów w wielkich klubach gwarantem sukcesu nie jest.

    3. Właśnie dlatego pisałem, że u nas najlepsi byli rozproszeni po iluś klubach, a w Rumunii się ich skupiło w dwóch najważniejszych. No i w zdobyciu PEMK Steaule wydatnie pomogła Barcelona – zbyt pewna swego, oraz bramkarz – istny superman w tym dniu.
    Inna sprawa to zobacz sobie drogę do finału Rumunów (podczas, gdy nasz Górnik chyba od razu na starcie władował się na Bayern…).
    A jeśli już sięgasz aż do 86, to w tym roku myśmy grali na MŚ, a Rumuni nie – ale to już tak tylko na marginesie.

    Crvena Zvezda 1991, to jeszcze inna historia – w tym okresie ówczesna Jugosławia, to już było całe zagłębie wielkich piłkarzy, co dało ten sukces, ale mimo to wynik reprezentacji? Żaden…
    Dopiero po podziale fenomenem stała się Chorwacja.

    4. „Duńczycy w 92 to mieli Schmeichela i Laudrupa, chyba nie muszę mówić w jakich klubach grali.”

    A my teraz mamy Szczęsnego i Lewandowskiego, chyba nie muszę mówić, w jakich klubach grają…

    5. „Co do Boruca to uważam, że takie zrywy jak on to miał też Wandzik”

    Jeśli chodzi o reprę to chyba na treningach… Boruc był naszym najlepszym zawodnikiem na MŚ w 2006 i ME 2008, gdzie ratował naszym tyłki przed pogromami z Niemcami i Austrią, więc zostawmy te porównania, ja wiem, że wielu woli mu pamiętać tylko Belfast i Bratysławę, to w sumie bardzo polskie.

    ————————-

    Niech każdy ma swoje zdanie, jest ok. Ja pozostanę przy swoim.

    I jeszcze, skoro wspomniałeś o Norwegii – dotychczasowi statyści, których nawet Łazarek ogrywał w Oslo 3-0 nagle dali łupnia Angolom i nam, co tylko potwierdza, że z odpowiednim naczalstwem można wejść na swój szczyt.
    No i pisałeś też o kadrze Engela – tak, zrobił postęp, ale miał też kupę farta, trafił mu się naturalizowany supersnajper z Nigerii, oraz z pierwszego koszyka wspomniana Norwegia – wtedy już tylko papierowy tygrys, mający za sobą najlepszy fragment historii. Bez tych dwóch czynników efekt mógł być dużo gorszy, czyli taki jak wcześniej.
    Więc nie ma sensu jego kadry porównywać z okresem +/- 10 lat wcześniejszym i rywalizacją z Anglią, Holandią, Szwecją.

    Polubienie

  35. „Jedno III miejsce na mundialu u siebie, co uznali za klęskę i finał w 1994”

    Zapomniałeś o półfinale w 1988 r. Czyli na 4 imprezy 3 razy w czwórce. Każdemu bym życzył takiego „braku sukcesów”.

    „Właśnie dlatego pisałem, że u nas najlepsi byli rozproszeni po iluś klubach, a w Rumunii się ich skupiło w dwóch najważniejszych. No i w zdobyciu PEMK Steaule wydatnie pomogła Barcelona – zbyt pewna swego, oraz bramkarz – istny superman w tym dniu.”

    „mimo to wynik reprezentacji? Żaden…”

    Ćwierćfinał po pokonaniu Hiszpanii to żaden wynik? No jednak z naszymi nie da się porównać.
    Potem z dwóch następnych byli wykluczeni, a przecież z Danią, która wygrała Euro – wygrali grupę.

    „ówczesna Jugosławia, to już było całe zagłębie wielkich piłkarzy”

    No właśnie, a Polska nie.

    „teraz mamy Szczęsnego i Lewandowskiego”

    A 2-30 lat temu nie mieliśmy, a inni mieli.

    „Jeśli chodzi o repre, to chyba na treningach…”

    Nie kolego, np. w meczu z Irlandią, który – jak już wspominałem – nie był w tv, więc nikt tego nie pamięta.

    „wielu woli mu pamiętać tylko Belfast i Bratysławę”

    A ja pamiętam też np. Baku i Kijów. W bronieniu wolnych też nie był orłem, vide Erewań i Kostaryka, i to w najlepszym okresie. Sporo miał bramek, które były dla lepszego bramkarza do obrony…

    Polubienie

  36. ” Wielkość Realu i Barcelony – jeżeli chodzi o przełom lat 80 i 90. – to mit.”

    Real końca lat 80-tych to był europejski top, Piątką Sępa pod batutą kojarzonego nad Wisłą Leo, zaliczyła x3 top4 Pucharu Europy(najbardziej pluć sobie mogą w brodę półfinał z PSV) w latach 86-89, a i wcześniejsze x2 wygrany Puchar UEFA bym szanował.

    Barcelona z kolei wchodzi w swoją najważniejszą epokę Cruyffizmu i to z pucharami – PZP w ’89, finał PZP w ’91, PE w ’92, finał w ’94.

    Tak, czysto obiektywnie uznam Milan przełomu lat 80 i 90tych jako klub o większych wówczas sukcesach od Iberyjskich gigantów, ale to nie oznacza iż to nie były wówczas wielkie drużyny.

    Polubienie

  37. „Zapomniałeś o półfinale w 1988 r. Czyli na 4 imprezy 3 razy w czwórce.”

    I ani jednego złota przez 24 lata. Trochę lipa jak na taką dominację klubów.

    „No właśnie, a Polska nie”

    A ja porównywałem Polskę do Jugosławii?…

    „A 20-30 lat temu nie mieliśmy [Szczęsnego, Lewandowskiego], a inni mieli.”

    Za to mieliśmy całą wyrównaną grupę i o tym cały czas piszę.
    Poza tym bramkarzy nie musieliśmy się wstydzić.

    @Wandzik vs Boruc

    No, to mamy Wandzika jeden super mecz w eliminacjach kontra dwa turnieje finałowe, na których Boruc był najlepszy w drużynie… Nie wiem, jak to obliczasz, bo dla mnie rachunek jest prosty.

    „A ja pamiętam też np. Baku i Kijów.”

    A ja wolę pamiętać sportowcom udane występy. Nie zwiódł tam, gdzie innym miękły kolana – i to jest dla mnie egzamin.
    O tym, że nie ma bramkarzy, którzy nie zaliczają baboli nawet nie wspomnę, tak wyświechtana to prawda.

    Polubienie

  38. „A ja wolę pamiętać sportowcom udane występy”… – niestety, nie wszyscy tak mają, a chyba tylko nieliczni całkiem wolni są od grzechu. Zwłaszcza jak ze sportowymi sukcesami przychodzą sukcesy finansowe. Takim to przez lata pamiętamy wpadki i słabości, a nawet z czasem urastają one do rozmiarów katastrof i dyskredytują nawet najbardziej spektakularne bieżące wyniki. A jak przydarzy im się jakiś kiks lub słabszy występ to części „kibiców” od razu się robi się „klawo jak cholera”… – typowy objaw małpiej radochy. Przykłady można mnożyć.
    P.S.
    W swoim czasie Artur Boruc był nie tylko najlepszym polskim bramkarzem, ale i jednym z najlepszych polskich piłkarzy!

    Polubienie

  39. @ALP

    O to właśnie chodzi. Skoro się sprawdził – dwukrotnie – na turnieju finałowym (podczas, gdy u naszych jest raczej odwrotnie), no to lepszego stempla przydatności być nie może.
    Dziwi mnie, że trzeba jeszcze o tym toczyć dyskusje.

    Polubienie

  40. Jak mamy porównywać klasę zawodników, to trzeba patrzeć całościowo na kariery, a nie przez pryzmat krótkiego szczytowego okresu. Zresztą to kolega się przyczepił, bo ja uważam, że był całkiem niezły, ale byli lepsi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s