Milczenie po Michniewiczu

Selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski, który dotąd był znany jako „711” – od liczby połączeń lub prób połączeń telefonicznych z „Fryzjerem” – od teraz szeroka publiczność zacznie być może kojarzyć również z liczbą 27. W tekście Szymona Jadczaka czytamy bowiem, że przynajmniej tyle godzin spędził Czesław Michniewicz (fot. Kuba Atys) ze słuchawką przy uchu, gawędząc z hersztem futbolowej mafii. Nawiasem mówiąc, Ryszardowi Forbrichowi musi być dzisiaj trochę przykro. Rozmawia ktoś z tobą rano, wieczór, we dnie, w nocy, żeby po latach nie pamiętać zupełnie niczego, ani wersu?

Kto w miarę uważnie obserwował aferę korupcyjną w naszym futbolu, ten w materiale WP o mętnej przeszłości Michniewicza nie odkryje nieznanych terytoriów – wszystko drobiazgowo relacjonował Dominik Panek, opisywali dziennikarze wielu innych mediów, także moja gazeta (dziesiątki artykułów Artura Brzozowskiego). Czego jednak nie podkreślam, by kwestionować wartość czy zasadność publikowania tekstu, lecz dla ponownego uzmysłowienia czytelnikom, że kiedy PZPN wybierał nowego selekcjonera, miał wszelkie dane pod ręką, w odległości kilku kliknięć. Prezes i jego świta mogli skrupulatnie sprawdzić, na czym polegała zażyłość ich wybrańca z architektem sportowej zbrodni, być może najbardziej ponurą postacią w dziejach polskiego futbolu. Mogli zanalizować, przemyśleć, ustalić, czy Michniewicz spełnia kryteria pozwalające oddać mu najbardziej prestiżowe stanowisko, a jeśli tak, to czy jego przeszłość jakkolwiek ich uwiera, czy nie powinien się publicznie wyspowiadać etc. W poniedziałek PZPN ogłosił wszak, że Maciej Rybus nie będzie jesienią powoływany do kadry narodowej, stracił szansę wyjazdu na mundial – to sankcja za pozostanie w lidze rosyjskiej, czyli pracę w kraju masakrującym naszych ukraińskich sąsiadów. Innymi słowy, trener, który (wraz z przełożonymi) uporczywie powtarza, iż sam w świetle prawa jest niewinny, ukarał piłkarza, którego można bronić w identyczny sposób. Rybusa również nikt za nic „nie skazał”, Rybus „nie dostał nawet zarzutów”, w dodatku istnieją okoliczności łagodzące – założył w Rosji rodzinę, więc jeśli jego żona (i matka urodzonych w Moskwie dzieci) chciałaby zostać w swoim kraju, musiałby ją porzucić. PZPN zatrzasnął mu jednak drzwi do reprezentacji ze względów etycznych, więc ewidentnie nie uważa, że nieznajdowanie się w rejestrze przestępców jest glejtem przyzwoitości wystarczającym, by reprezentować kraj.

Sprawie Michniewicza podobne refleksje nie towarzyszą, choć każdy przytomny czytelnik obryzgany lekturą tekstu WP – nie wspominam już protokołów z zeznaniami, przez tamte dokumenty trudniej przebrnąć – nie ma wątpliwości, jak głęboko selekcjoner był uwikłany. Rozmawiał z „Fryzjerem” przed, w trakcie i po fałszowanych meczach, nie tylko telefony odbierał, ale sam do mafiosa wydzwaniał, w nocy po zwycięskim dla Lecha Poznań finale Pucharu Polski z Legią wybierał nawet numer do zakładu fryzjerskiego, który należał do partnerki Forbricha. Nie umiałbym tych nitek połączyć w żadną korzystną dla Michniewicza interpretację zdarzeń. A zarazem doskonale rozumiem, że dysponująca bardzo ograniczonymi mocami przerobowymi prokuratura go nie przycisnęła – miała inne priorytety (sędziowie!) niż szeregowy ligowy trener.

Porzućmy jednak jałową debatę o tym, czy człowiek blisko spoufalony z regularnym gangsterem powinien prowadzić reprezentację. Stało się i się nie odstanie, w tym środowisku weryfikuje w Polsce tylko wynik, drużynę narodową współtworzyli już nawet skazani za uczestnictwo w korupcyjnym procederze. Klimat sparszywiał, skoro nie da się skompromitować polityka u władzy (o ile jest przydatny), to trudno oczekiwać wyższych standardów w dziedzinach życia mniej istotnych. Wygramy mecz, to Michniewicz być dobry. Przegramy mecz, to Michniewicz precz. Innych kryteriów nie ma i, jak przypuszczam, długo nie będzie.

Na łapówkarski fetor zobojętniałem, w tekście Jadczaka uderza mnie tylko finał, czyli bezczelność, z jaką Michniewicz nie odpowiada na żadne pytania. Jego postawa rymuje się z atmosferą na zorganizowanej z okazji prezentacji nowego selekcjonera konferencji prasowej, na której prezes PZPN wręcz zakazywał zadawania niewygodnych pytań. Zachowywał się, jakby reprezentacja Polski nie była dobrem wspólnym, publicznym, lecz stanowiła jego własność. A w miniony poniedziałek na publikację WP związek odpowiedział komunikatem o banicji Rybusa. Tfu, przepraszam, to byłaby manipulacja – nie wiem, czy „odpowiedział”, być może oba zdarzenia zbiegły się ze sobą przypadkowo. O wizerunku PZPN świadczy jednak powszechność podejrzenia, iż rządzący naszym futbolem świadomie „przykrywają” niewygodny materiał, urządzają pokazówkę. Na kolejny wywołujący poruszenie w kibicowskiej społeczności tekst nie reagują wcale, znajdując zresztą tłum sprzymierzeńców, którzy twierdzą, że nie wolno odgrzewać zeschniętych kotletów, że Michniewicz nie miał szans funkcjonować inaczej w realiach wszechogarniającego łapówkarstwa (nawiasem pytając: czyli jednak nie jest niewinny?). W skrajnych przypadkach oskarżają reportera za zajęcie się tematem, choć on sprzeniewierzyłby się swojej misji tylko w jednym wypadku – gdyby nakłamał bądź niechlujnie weryfikował fakty.

Dopiero ta argumentacja rodzi we mnie bunt. Wyobrażam sobie zaakceptowanie umoczonego, acz skruszonego trenera w reprezentacji, ale oczyszczające rozmowy są niezbędne, zdrowe, choćby dla porządkującego ustalenia, gdzie leży granica, której przekroczenie zamyka drzwi do drużyny narodowej. Bolesną, skomplikowaną przeszłość należy wyjaśniać w miarę możliwości do końca – by nie powtarzać błędów, dla higieny życia publicznego, dla zachowania czujności w przyszłości, lepszego rozumienia mechanizmów, które prowadzą do patologii. A także dla ludzi, którzy padli ofiarami zdegenerowanego systemu. Obejmującego nie tylko setki sfałszowanych meczów, nie tylko oszukiwanie kibiców (czy to mało?), lecz także krzywdzenie uczciwych piłkarzy i trenerów, niszczenie niewygodnych ludzi, prowokowanie życiowych tragedii. Nigdy nie zaakceptuję hasła „wszyscy brali”, bo nie ma nic wspólnego z prawdą. Gdy pisałem książkę o wynaturzeniach naszego futbolu, rozmawiałem z ludźmi złamanymi, sędziami, których uczciwość nie dawała szans na karierę w systemie premiującym wyłącznie kanciarzy, oraz piłkarzami, których deprawowano już za juniora. Ich los też nakazuje drążyć, oni mają prawo do swojej sprawiedliwości. Do patrzenia – choćby po latach – jak zło zostaje zdemaskowane, przynajmniej nazwane po imieniu.

Fragment zamieszczonej w książce relacji piłkarza, wyjęty z zarchiwizowanego pliku na chybił trafił: „Wreszcie przychodzi moment, że zaczynasz wygrywać wszystko, bo wszystko jest kupione. To najbardziej żałosne. Wtedy nie ma już wątpliwości, jak jest, bo zabierają ci połowę premii. Dostajesz za mało, patrzysz na kierownika drużyny, a ten rozkłada ręce i mówi, żeby rozmawiać z trenerem. Co wtedy zrobić? Opowiedzieć w gazecie? Żeby cię pobili kibole, którzy wyznają identyczną zasadę: wszystko jedno jak, byleś wygrywał? Oni też nie rozumieją, że jeśli piłkarz kupił, to znaczy, że za tydzień, w innych okolicznościach, sprzeda. A niezorientowani kibice w twoją relację nie uwierzą, powiedzą, że oczerniasz, bo nie grasz. To jest straszne, bo albo czujesz, że przepijają twoją karierę, albo – jak zaczynają wygrywać – spadasz na ławkę, bo nie należysz do grupy, która pije z trenerem. Przegrywasz przyszłość, przegrywasz życie. Sponsorujesz swoje własne siedzenie na ławce, bo za twoje pieniądze inni się bawią, nie trenują i jeszcze wygrywają. Podtrzymujesz układ, ale nie masz wyjścia. Dziś mam do siebie żal, że jednak nie spróbowałem. Dlatego opowiadam anonimowo. Nie ze strachu. Jestem zły, że nic z tym nie zrobiłem. A teraz, kiedy jest za późno, nie chcę nikogo opluwać.” To świadectwo przeciętnego ekstraklasowca (chyba nigdy nie dotknął europejskich pucharów), który opowiadał mi też o dwóch momentach, w których chciał rzucić piłkę, ale się bał. Nie znalazł innego pomysłu na siebie, nie potrafił robić nic innego, nie miał wykształcenia. I pozostał w środowisku do dzisiaj, już w innej roli.

Jeszcze raz, sylabizując: również dla niego mamy obowiązek gęgać, wściekać się, gdy każą nam bagatelizować, zapomnieć. Zwłaszcza że wielkim polskim wynalazkiem ostatnich lat stało się przemilczanie, uśmiercanie przykrych doniesień ciszą – metodę stosują i PZPN, i wiele innych publicznych instytucji, łącznie z najpotężniejszymi politykami, którzy zdają sobie sprawę, że jeśli zignorują wykryty szwindel, to sprawa ucichnie. Afery, które niegdyś skutkowały dymisjami czy wręcz nieodwracalnym wymazaniem z życia publicznego, dzisiaj maleją do aferek bez znaczenia lub anegdot, bo władza wie, że zaprzyjaźnione media nie podchwycą tematu, fakty przestały się liczyć – decyduje źródło przekazu, wierzymy tylko swoim. Gdy przelewają mi się przez ekran westchnienia kibiców zrozpaczonych kondycją dziennikarstwa sportowego, myślę sobie z niepokojem, że nie doceniają grozy sytuacji. Całe dziennikarstwo się zdegenerowało, sportowe wcale nie podupadło bardziej niż ekonomiczne, motoryzacyjne czy polityczne, przecież portale sprzedają już wytwory piarowców jako dzieła redakcyjne, przecież zamieszczają dostarczane przez partie gotowce (czasami podpisując je fikcyjnymi nazwiskami), a przy bezmiarze kłamstw wylewających się ze szczujni, w jaką przepoczwarzyła się telewizja publiczna, reszta to prawie drobnostka. Dostarczyciele informacji sieją dezinformację i propagandę, bo są zblatowani, bo chronieni sojusznicy odwdzięczają się pieniędzmi i posadami. Dlatego w sprawie Michniewicza zainteresowani ciszą dziennikarze czy paradziennikarze zawsze pomilczą, a przede wszystkim harmider zignoruje PZPN. Tak jak minister, rząd czy partyjny wódz.

Mają rację, niestety. To strategia skuteczna, czyli jedynie słuszna.

104 myśli na temat “Milczenie po Michniewiczu

  1. Dzisiaj oglądałem (na przemian) zwycięstwo Lecha na Karabachem (1:0) i porażkę naszych siatkarzy (2:3) z Iranem. I nie wiem czym się bardziej martwić?
    P.S.
    A Agnieszkę w deblu oglądało się bardzo sympatycznie.

    Polubienie

  2. Podoba mi się ta bitwa na wikipedię, dorzucę swoje:

    staty(seniorskie) Igi Świątek
    na trawie: 6-5
    na mączce: 42-6
    na nawierzchni twardej: 62-25

    zaszokujcie mnie wnioskami

    Polubienie

  3. Co do turnieju kandydatów, to dość nie fair sugestia, bardzo antysportowa, jak to niby niewygodnie że Nepo znowu wygrał.

    To co, jak Real dostanie na jakimś etapie LM drużynę z którą „nie chce” im się grać, to zmienić? Niech grają tylko z satysfakcjonującymi rywalami, w takiej, hmmm, superlidze?

    anyway, Nepo nie wygrał, ale zmiótł konkurencję. Zdaje się iż sam Carlsen coś bąknął, że jest pod dużym wrażeniem. I dla mnie tu nie ma dyskusji, Nepo na mecz mistrzowski zwyczajnie zasłużył. Carlsen oczywiście ma prawo odmówić, stwierdzić iż ma dość, ale po ty jak zmiażdżył konkurencję rosjanin, ciężko doszukiwać się w jego poziomie głównego powodu potencjalnej rejterady Magnusa. Dalej, bodaj to nie pierwszy raz że Norweg coś tam mówi o wycofaniu się, pierwszy raz wzięto to tak bardzo na serio. IMO wyjdzie i zagra. Nepo zwyczajnie zasłużył, to było najbardziej spektakularne zwycięstwo w turnieju kandydatów ever, wliczając, nie zapominajmy, turniej którym wygrywał Carlsen.

    A gdyby czysto hipotetycznie Norweg miał przejść na emeryturę, to mecz Nepo-Ding też ujmy nie przynosi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s