Ile energii wyzwala Ronaldo

Po kolejnym niebotycznym popisie Cristiano Ronaldo, który znów skrzywdził Atlético Madryt, stanęło mi przed oczami Euro 2016.

Kiedy przedstawiamy dowody rzeczowe na jego wybitność, sięgamy raczej po gadżety z Ligi Mistrzów. Złoty turniej Euro 2016 leży gdzieś z tyłu, jako łup drugorzędny – ba, swego czasu służył nawet do przekonywania, że portugalski piłkarz najchętniej znęca się nad słabymi, no i ma w karierze więcej szczęścia niż rozumu.

Fazę grupową Portugalia kończyła tam z Węgrami, które podglądałem wcześniej w eliminacjach i uznawałem za zgraję miernot. Mimo to faworyci potwornie się męczyli, a z tarapatów wyciągnął ich właśnie Ronaldo. Gdy przegrywali 0:1, podrzucił zgrabną asystę Naniemu i zrobił się remis. Gdy przegrywali 1:2, wyrównał urokliwym trąceniem piłki piętą. Gdy przegrywali 2:3, odpowiedział golem wbitym głową. A wcześniej przykuł jeszcze uwagę wszystkich na stadionie paroksyzmami wściekłości i frustracji, które były reakcją na błędy zagrożonej odpadnięciem z mistrzostw drużyny. Uratował ją, mogła kontynuować podróż po medal.

Półfinał znów był mordęgą, aż Ronaldo zebrał się i zaatakował walijską fortecę z powietrza, jak we wtorek madrycką. Znów przypomniał, że jest atletycznym monstrum, jego wyskok był eksplozją po godzinie martwej ciszy. A parę chwil później dołożył asystę.

Nastał wreszcie finał z Francją, w którym CR rozkraczył się już po 25 minutach. Po starciu z Dimitrim Payetem zaczął kuleć, częściej zerkał na swoje kolano niż na piłkę, zszedł za linię boczną, potem wrócił – już obandażowany. Próbował zainicjować kontratak, ale po kilku krokach stanął, przegrał z bólem. Aż został zniesiony do szatni na noszach. Wrócił na dogrywkę, podczas której odstawiał przy linii bocznej zamaszysty monodram, biegając wzdłuż linii bocznej i dopingując rodaków do walki. Znów – żadnego tłumienia emocji, wszystko wywalone na zewnątrz.

Przywołane epizody łatwo umniejszyć, nawet wyszydzić. Ocalił remis z Węgrami? Phi, kim są jacyś tam Węgrzy. Rozprawił się z Walią? Bez żartów. Podrygi w finale? Komiczne, kuriozalne, nawet lekko żenujące. Taki z Portugalczyka narcyz, że nawet niezdolność do walki nie powstrzymała go przed próbą odegrania głównej roli.

Ja myślę o wszystkich tamtych wygibasach zgoła inaczej, odbieram je jako sugestywną ilustrację patologicznego pędu do wygrywania, jaki niesie Ronaldo po kolejne Złote Piłki. Krążą na ten temat legendy, ale nikt nie zobrazował go sensownie słowami, bo się nie da – motywacja bucha wewnątrz, a jeśli sportowiec zaraża nią innych, to rozpyla energię niewidzialną, i ci, którzy ów żar odczują (zaabsorbują?), nie przekażą wrażeń dalej. W każdym razie o przemożnym oddziaływaniu Ronaldo na grupę często wspominają porzuceni ludzie Realu Madryt, z ich relacji wynika, że królewskiej drużynie brakuje nie tyle goli Portugalczyka, co aury człowieka nienawidzącego porażek i napędzanego nadnaturalnym przeświadczeniem, że stać go na wszystko. To samo dzieje się w Juventusie, przed rewanżem z Atlético z Turynu płynęły doniesienia, że między znajomymi Ronaldo od wielu dni powtarza jak najęty, że przydzwoni madrytczykom hat-trickiem.

Przydzwonił. A my nie tyle rozdziawiliśmy gęby pod wpływem jego kunsztu, ile poczuliśmy mentalną moc, która wynosi go w powietrze i nie pozwala na jakikolwiek sprzeciw. Moje skojarzenia z Euro 2016 biorą się stąd, że wówczas wszyscy Portugalczycy, włączając ich lidera, do finału się czołgali, prześlizgiwali do kolejnych rund pomimo wszechogarniającego bałaganiarstwa w ofensywie, godzinami nie umieli oddać sensownego strzału, nękali nas futbolem wręcz nie do zniesienia. Ale jakoś tak się zadziało, zbieg okoliczności i w ogóle przypadek, że ostatecznie właśnie Ronaldo wrzasnął wrogowi „no pasarán” – czasami na boisku, a czasami poza boiskiem, wszystko jedno, to w perspektywie historycznej didaskalia.

Kibice lubią hierarchizować gole, mierząc ich wartość klasą przeciwnika. Ja nie mam pewności, czy te strzelone w barwach słabo grającej drużyny teoretycznie słabemu rywalowi (patrz: Portugalia kontra Węgry) znaczą mniej niż strzelone świetnemu rywalowi w barwach świetnej drużyny (patrz: Juventus kontra Atlético). W przypadku Ronaldo to nieistotne, bo on ścina piorunami każdego, kto znajdzie się w polu rażenia. Oczywiście nie zawsze – piłkarze wygrywający zawsze nie istnieją, i oczywiście miewa wsparcie zespołu – piłkarze wygrywający samotnie również nie istnieją. Ale pewien wzorzec się powtarza. W krytycznych chwilach widzimy Ronaldo rozgestykulowanego, oddziaływującego siłą woli, po triumfie nad Atlético z typową dla siebie skromnością rzucającego: „Słyszałem, że Juventus nigdy nie odrobił strat po porażce 0:2. Właśnie po to mnie kupili. Żebym robił rzeczy, które nigdy im się nie udały”.

PS Wtorkowy wieczór to przy okazji dobre wieści dla Krzysztofa Piątka. Jeśli mierzy o tytule króla strzelców ligi włoskiej, to nie zaszkodzą mu mecze Juve, które Ronaldo spędzi w całości w rezerwie, magazynując siły na wieczory w Lidze Mistrzów. Jak ten z minionego, nomen omen, piątku.

23 myśli na temat “Ile energii wyzwala Ronaldo

  1. Muszę przyznać, że jeśli obrazek Ronaldo z 2016, to oczywiście, finałowe szaleństwo przy linii bocznej jak najbardziej, ale kapitalna jest też ta – niepiłkarska – scena, kiedy siedząc na ławce uderza ręką Adriana Silvę w nogę, a ten podskakuje jak… rażony prądem. O! Może więc zagadka się wyjaśniła? Trafił kolegę piorunem, to brzmi sensownie. Sensowniej niż wszystkie te wyliczenia nienawistników, którzy dowodzą, że to mary piłkarz, bo raz na jakiś czas tylko coś mu się udaje i wtedy kibice się podniecają, przemieleni przez maszynkę marketingową. Nieprawda, gościu raz na jakiś czas – w chwilach największej próby – niejednokrotnie potrafi odpalić dzieło jak nikt inny (no ok, pewnie jak jeden z dwóch).

    Polubienie

  2. (…) Simeone triumfował, szalał ze szczęścia i podniecenia. Podskakiwał na jednej nodze, rwał włosy z głowy, a nawet zatracając się w opętańczym tańcu wygiął swe zwariowane ciało w parabolę, falliczną hiperbolę, jednoznacznie okazując przeciwnikom kulturową dominację. Turyńczycy pierzchali po całej zielonej polanie, ścigani przez agresywnych Atleti wyznających cholismo i wydawało się, że nic i nikt nie może ich już uratować. I wtedy nadleciał Kristianos (…)

    Potrójnie Złoty. Iliada: historie

    Polubione przez 4 ludzi

  3. Dodam od siebie kwestię sportowej długowieczności Cristiano Ronaldo. Niedawno ukończone 34 lata, na najwyższym poziomie grał już w 2004 roku. Mija tyle lat, a on wciąż nie schodzi ze szczytu.
    Wspomniałeś o triumfie Portugalii na Euro 2016-myślicie, czy Cristiano Ronaldo strzeli 100 bramek dla reprezentacji?

    Polubienie

  4. Ronaldo to gość, który nie dość, że sam w sobie mentalnie jest bardzo mocny i ma ostro profesjonalne zacięcie od najmłodszych lat, to cechy te zostały to jeszcze zamplifikowane w młodym wieku, przez środowisko w Manchesterze United, będące kuźnią charakterów, nienawidzące przegrywać i dowodzone przez Fergusona.
    Ta mentalność mistrzowska, której tak bardzo brak np. w takim PSG (stąd przecież transfer m.in. Buffona), sprawia, że facet, nie dość, że jest sam w sobie genialnym piłkarzem, to jeszcze wnosi na poziom wyżej wszystkim swoich kumpli z zespołu, świecąc przykładem.

    Polubienie

  5. Nigdy fanem Cristiano nie byłem i nigdy nim nie zostanę. Muszę jednak przyznać, że zbiegiem lat nabieram do niego coraz większego szacunku, czy czasem wręcz podziwu. A wynika to z tego, że przeszedł Portugalczyk niesamowitą przemianę. W latach (mniej więcej) 2008-2012 zdecydowanie gorzej znosił presję i to z tamtego okresu wziął się stereotyp o tym, iż strzela słabym. Także wtedy wolał demonstrować swoje niezadowolenie z gry kolegów, niż-jak to robi często dziś-klaskać i pokrzykiwać motywująco do drużyny. Jego charakter jako człowieka sprawia, że go lubić nie mogę, natomiast jego pracowitość i oddanie są godne podziwu.

    Polubienie

  6. [i]”piłkarze wygrywający samotnie również nie istnieją”[/i]

    Wczoraj nasunęła mi się taka myśl, że wprawdzie futbol to gra zespołowa i generalnie nie da się w nim wygrywać bez wsparcia kolegów, ale CR zabrnął chyba najdalej ze wszystkich w historii, aby tej tezie zaprzeczyć. Mam wrażenie, że nawet Messi (którego osobiście cenię wyżej) nie może się z nim pod tym względem równać.

    CR ma chyba w sobie ten sam patologiczny przymus zwyciężania, co Jordan. Pewnie przez to trudniej go polubić, ale kurde, nie sposób gościa nie podziwiać.

    Polubienie

  7. Przepraszam, że nie na temat. Odpadnięcie Bayernu z Champions League oznacza, że na tym etapie rozgrywek(ćwierćfinał) zabraknie klubu z Bundesligi pierwszy raz od 2006 roku. Od trzynastu lat.

    Polubienie

  8. Na dodatek w takim stylu. I pomyśleć, że niektórzy czepiali się Loewa za ostatni brak powołań. Wygląda na to, że Bayern wymaga przebudowy głębszej niż Real.

    Polubienie

  9. Tydzień temu wykrakałem. W ćwierćfinale po jednej drużynie z Hiszpanii, Włoch, Holandii, Portugalii i 4 angielskie. Zaczyna się Anglia kontra reszta Europy.

    Polubienie

  10. Nawiasem mówiąc, wrzutki też arcydzielne, niczym z ligi angielskiej (kiedy jeszcze kojarzyła się tylko z wrzutkami).
    A ten sobie do nich skakał, podczas, gdy „colchoneros” nawet nie odrywali kulasów od murawy, gdyby tak grali obrońcy w Premiership, to kibice by ich skalpowali.
    No ale to w końcu Atletico – jak wiadomo Atletico lubi Cristiano 🙂

    Odnośnie 2016, to wciąż mam wrażenie, że Francuzi rzucając się na jego kości sami sobie zaszkodzili.

    Polubienie

  11. W sumie fajnie obserwować, jak ten układ sił kilku najmocniejszych lig, co parę lat się w LM tasuje.
    Niedawno wydawało się, że coraz mocniejsze karty ma napędzana świetnym systemem szkolenia i rozsądnie zarządzana Bundesliga, a wszyscy podśmiewali się z imponującej tylko budżetami Anglii…

    Polubienie

  12. Spokojnie z tym ogłaszaniem dominacji Anglików. Wygra na przykład Barcelona i co? I dalej Hiszpania u steru. Zresztą te 4 zespoły zawdzięczają rywalizacji z mega słabymi zespołami z Bundesligi (nie oszukujmy się, i Schalke i BVB są w kryzysie) i ogórkowym PSG. Najpoważniejsi kandydaci to Juve i Barca, i imo tylko City się do nich równa dzięki Guardioli.

    Polubienie

  13. Z dominacją to oczywiście przesada, ale trzeba przyznać, że w ostatnich latach Angole nieco poszli w górę w porównaniu z kilkoma wcześniejszymi sezonami. Poza tym np. w momencie losowania 1/8 to Borussia wydawała się faworytem w starciu z Tottenhamem; teraz wiadomo, BVB jest w kryzysie, ale i Tottenham przegrał trzy z ostatnich czterech spotkań w lidze, a czwarte zremisował. Więc ja bym też aż tak tych wyników nie lekceważył.

    Polubienie

  14. I fajnie byłoby zobaczyć angoli rozstawionych w ćwierćfinale… – nasze odczucia byłyby bardziej obiektywne.
    Oczywiście wygra drużyna najlepsza w tegorocznej rywalizacji (odrobina szczęścia też się przyda), ale dla oceny siły ligi liczby drużyn na tym etapie rozgrywek nie można lekceważyć.

    Polubienie

  15. Na dłuższą metę, pieniądze zawsze wygrywają. Bundesliga rozwijała się, tworząc wysokiej klasy specjalistów, mogących zniwelować różnicę piłkarskim „know-how”. Co wtedy zrobią bogacze? Podkupią tych specjalistów. Klopp trenuje LFC, Tuchel PSG, szef skautingu Borussi pracuje obecnie w Arsenalu etc.

    Może Bayernowi na dobre wyjdzie to odpadnięcie, przestana się łudzić Kovacem, zatrudnią Nagelsmanna zanim i jego Anglicy podkupią.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s