Mediolan wstaje z kolan. Razem

Aż wstyd się przyznać do tamtego szczenięcego braku wyobraźni. Gdy 12 kwietnia 2005 roku siedziałem na stadionie San Siro, byłem bezgranicznie przekonany, że podziwiam obrazek nieprzemijający – grają Inter z Milanem, więc zderzają się supermocarstwa, delektuję się spektaklem najwyższej próby, przebywam w stolicy europejskiego futbolu.

Trwał ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Trybunę Curva Sud (byłem jako kibic, nie służbowo) opuszczałem rozgniewany, ponieważ chuligani zrzucali na boisko race (jedna trafiła i ogłuszyła Didę, bramkarza Milanu), butelki, zapalniczki, parasole i kto tam co miał pod ręką, więc sędzia odwołał piłkarzy z boiska ponad kwadrans przed planowym zakończeniem meczu (a wykosztowałem się, konik wyłudził za bilet bolesne 200 euro), ale uspokajała mnie pewność, że przeżyję to jeszcze wielokrotnie – derby Mediolanu będące zarazem batalią na zaawansowanym etapie Champions League, rozpalające jeszcze bardziej niż te „zwyczajne”, rozgrywane pod logo Serie A. W końcu ledwie dwa sezony wcześniej Inter z Milanem tłukły się nawet wyżej, w półfinale Ligi Mistrzów.

*************

Tak, to była dekada Mediolanu jako głównej piłkarskiej metropolii w Europie. Mógł się z nią chcieć ścigać ewentualnie Londyn, który oklaskiwał popisy Arsenalu oraz Chelsea, jednak wyspiarze zdołali dokopać się tylko do debiutanckich wizyt w finale – tymczasem do stolicy Lombardii trofeum przyjeżdżało w latach 2003, 2007 oraz 2010 (według pewnych apokryfów również w 2005). Imperialny rozmach.

Od tamtej pory geografia radykalnie się zmieniła. Swoją pozycję jeszcze wmocnił Londyn (w ubiegłym roku miał wspomniane Arsenal z Chelsea w finale Ligi Europy oraz Tottenham w finale Ligi Mistrzów), giganta próbuje zgrywać Manchester (szastając setkami milionów, City i United liderują głównie tabelom finansowym), a zasłonił wszystkich Madryt – druga dekada XXI wieku należała do niego, z kulminacjami w finałowych derbach Realu z Atlético. I mediolańscy kibice pewnie by to jakoś znieśli, w końcu historia nie tylko na boiskach toczy się cyklami. Interu z Milanem dotknął jednak nie tyle kryzys, co krach, w dodatku degrengolada ciągnęła/ciągnie się dłużej niż wieczność – zainicjowaną odejściem emocjonalnie związanych z klubem mecenasów Massimo Morattiego i Silvio Berlusconiego, a potem znaczoną wstrząsami właścicielskimi, akceptowaniem coraz przeciętniejszych graczy w drużynie, wypadnięciem poza Ligę Mistrzów i podium Serie A.

Używam czasu przeszłego trochę nieśmiało, lecz z premedytacją, w pełni władz umysłowych. Wreszcie nastał bowiem moment, w którym na horyzoncie, może nawet bliżej, zamajaczył krajobraz pozwalający przypuszczać, że mediolańczycy postanowili wygramolić się z zamętu i beznadziei. Że postanowili wrócić tam, gdzie ich zastałem w początkach mojej pracy dziennikarza sportowego – w okolice szczytu. Czego bynajmniej nie opieram na banalnej obserwacji, iż rok 2020 przebiega dla nich znakomicie, ponieważ Inter po dekadzie przerwy wrócił do finału europejskiego pucharu i na podium Serie A, natomiast Milan podarował kibicom wielomiesięczny okres najwspanialszej gry od dekady i jako jedyny w czołowych ligach kontynentu pozostaje niepokonany od wybuchu pandemii. Nie, optymistycznych sygnałów wysyłają oba kluby znacznie więcej.

A mnie szczególnie uwodzi oraz intryguje to, że choć podróżują do tego samego celu, wyruszyły w skrajnie odmiennych kierunkach. Tak skrajnie, że właściwie stanęły ideowo na przeciwległych biegunach, chwilami podejrzewam wręcz, iż pospiskowały, potajemnie zawierając pakt – „my będziemy z Marsa, a wy z Wenus, spotkamy się wiadomo gdzie”.

***

Uderzające różnice biją po oczach wszędzie. W sylwetkach i piłkarzy, i trenerów, i dyrektoriatu kreującego politykę personalną, i prezesów oraz właścicieli. W całej sportowej strategii – biznesową czy marketingową w niniejszym tekście pomijam, traktuję tę narośl na piłce kopanej jako zło konieczne.

Wystarczy rzut oka na boisko, by dostrzec, że Inter jął masowo werbować wyczynowców, którzy sporo już widzieli i przeżyli, swoje nazwiska zdążyli wdrukować w jaźnie kibiców z całego świata, przywykli do gry o najwyższą stawkę – ze szczególnym uwzględnieniem weteranów ligi angielskiej. Wziął Romelu Lukaku („tylko” 27 lat, ale poważnym futbolem zajął się jako dzieciak, rozegrał 277 meczów w Manchesterze United, Evertonie, Chelsea i West Bromwich), Alexisa Sancheza (32 lata; MU, Arsenal, Barcelona), Ashleya Younga (35 lat; blisko dekada w MU), Aleksandara Kolarova (35 lat; Manchester City, Roma, Lazio), Victora Mosesa (przed chwilą go oddał), Christiana Eriksena (28 lat; siedem sezonów w Tottenhamie), Arturo Vidala (33 lata; Barcelona, Bayern, Juventus) czy postrzelonego Radję Nainggolana (32 lata; Roma). Dlatego budżet płacowy klubu stopniowo puchnie.

Milan natomiast pensje ogranicza i, jako się rzekło, skrada się ku sukcesowi na nogach zupełnie innych piłkarzy. Młodych i skandalicznie młodych, wychowanków lub posiadających nazwiska anonimowe dla wszystkich poza wytrawnymi znawcami rynku. Od Gianluigiego Donnarummy (21 lat, zdążył już stać między słupkami drużyny seniorskiej 209 razy!), Mattii Gabbii (też 21 lat), Theo Hernandeza (23) czy Davide Calabrii (23), przez Ismaëla Bennacera (22) czy Sandro Tonalego (20), po Brahima Diaza (21), Alexisa Saelemaekersa (21) i Rafaela Leão (21) – by wymienić tylko tworzących podstawowy skład lub krążących w pobliżu (dlatego przemilczam Lorenzo Colombo, lat 18, choć korci, by nie przemilczać).

Rekrutują zatem mediolańscy sąsiedzi według odległych wzorców, choć w żadnym razie nie działają ortodoksyjnie, zaślepieni jedynie słuszną wizją. Inter kupił sobie fantastyczną przyszłość (i świetną teraźniejszość) w Alessandro Bastonim (21), Nicolò Barelli (23) czy Achrafie Hakimim (21), natomiast Milan dorzucił do zespołu dojrzałości poprzez pozyskanie Simona Kjæra (31), a przede wszystkim Zlatana Ibrahimovicia, który odbiega od reszty szatni jak chyba żaden znany mi obecnie piłkarz – skończył 39 lat, uzbierał w CV zniewalającą kolekcję legendarnych firm (od Ajaxu, przez Juventus i Inter, po Barcelonę i Manchester United), wszędzie zdobywał tytułu, nastrzelał w karierze 550 goli. Guliwer w krainie liliputów.

Gdy szwedzki olbrzym złapał niedawno COVID-19, rossoneri rzucili na Spezię drużynę bobasów, podaję podstawową jedenastkę według wieku: 21 – 23, 20, 31, 22 – 26, 20 – 21, 21, 21 – 18. Według analitycznego serwisu Opta w czołowych ligach Europy nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by ktoś wystawił aż tylu zawodników urodzonych w 1999 roku lub później.

***

Za radykalnie odmiennymi strategiami oczywiście również stoją ludzie z różnych mentalnych galaktyk.

Za realizowaną przez Inter odpowiada – w trudnej, szorstkiej współpracy z trenerem, do którego wkrótce dobrniemy – niejaki Beppe Marotta. 63-letni dyrektor sportowy zasłynął jako odnowiciel potęgi Juventusu, ponieważ potrafi zręcznie maskować finansowe deficyty klubu, za minimalną cenę osiągając maksymalne cele. Doskonale orientował się w luksusowych rynkach na całym kontynencie i z intuicją wychwytywał piłkarzy gdzie indziej niechcianych lub pragnących zmiany, ze szczególnym uwzględnieniem tych z wygasającym kontraktem, dzięki czemu drugą linię złożoną z Andrei Pirlo, Paula Pogby i Arturo Vidala (wspartą przez wychowanka Claudio Marchisio) skompletował prawie za darmo, by następnie patrzeć, jak ów kwartet pcha turyńską drużynę do finału Ligi Mistrzów. I teraz, w Mediolanie, diabelnie przebiegły Marotta działa poniekąd podobnie. Rozgląda się za doświadczonymi wyczynowcami, którzy mogą dać z siebie jeszcze wiele, ale zostali skreśleni jako wypaleni lub stetryczali. Najświeższy przykład stanowi Arturo Vidal – teoretycznie idealnie pasujący do stylu Conte, uznany za zbędnego w Barcelonie.

W Milanie ogółem kwestii sportowych – po korporacyjnemu mówi się: segment – zarządza Paolo Maldini, czyli żywy pomnik rossonerich, jednak jako postać newralgiczną, precyzyjniej oddającą zwrot w polityce klubu, należy wskazać niejakiego Geoffreya Moncadę. Ledwie 33-letniego, mianowanego szefem działu wyszukiwania talentów, któremu zlecono oplecenie planety siatką skautów przeczesujących boiska w poszukiwaniu gwiazd jutra. Skautów nie tylko oglądających mecze, ale także zachodzących na treningi, wypytujących rodziców i generalnie przeprowadzających wywiad środowiskowy pozwalający sporządzenie rzetelnego portretu psychologicznego kandydata na piłkarza Milanu.

Moncada przyleciał z Monaco, gdzie współprojektował przyszłość tak skutecznie, że jego wybrańcy, zanim zostali wyeksportowani za gigantyczne pieniądze – Bernardo Silva, Fabinho, Thomas Lemar, Tiemoue Bakayoko etc. – zdetronizowali w kraju wszechmocne Paris Saint-Germain oraz wywołali sensację w Lidze Mistrzów, przefruwając aż do półfinału. Znów: Milan postawił na człowieka, którego nazwisko nikomu we Włoszech nic nie mówi. Jeśli jednak rozbłysną piłkarze, których wynajdzie, odkryją i zapamiętają je wszyscy.

Kolejny poziom: trenerzy. Też dobrani tak, jakby szefom mediolańskich klubów zależało na możliwie najjaskrawszym dowodzeniu, że choć mieszkają na jednym stadionie, to nie łączy ich nic, reprezentują kultury nie tyle sobie obce, co przeciwstawne. Oto Antonio Conte – z powszechnie szanowanymi kompetencjami, utytułowany, z bogatą przeszłością na prestiżowych stanowiskach, poza Serie A odnoszący sukcesy także w reprezentacji Włoch i londyńskiej Chelsea, przyzwyczajony do pracy pod presją. I Stefano Pioli – z kompetencjami kwestionowanymi (jego dymisji kibice żądali, zanim podpisał kontrakt), pustą gablotą na trofea, krążący po klubach głównie przeciętnych i wyłącznie krajowych. Conte – apodyktyczny, impulsywny, wiecznie stawiający żądania swoich szefom; Pioli – chętnie eksponujący zasługi piłkarzy ponad własne, bez dyktatorskich skłonności, stonowany, posłuszny. Conte – potrafiący zaszantażować, że pójdzie sobie precz, i trzymać wszystkich w niepewności; Pioli – akceptujący wszystko, szczęśliwy, że złapał Pana Boga za nogi, chętnie przyznający, że silniej niż on motywuje piłkarzy Ibrahimovic…

***

Nawet układ sił na samym szczycie sugeruje, że mediolańscy rywale rozbiegli się w różne strony świata. W końcu Inter został przejęty przez właściciela z Dalekiego Wschodu i z konkretną twarzą – chińskiego multimiliardera Zhanga Jindonga, który bieżące kierowanie firmą oddał w ręce swego syna Stevena Zhanga. Milan należy natomiast do organizacji z dalekiego zachodu i bez twarzy – amerykańskiego funduszu hedgingowego, którego zarządcy pozwolili odrestaurowywać klub lokalnym menedżerom, na czele z absolwentem mediolańskiego uniwersytetu Paolo Scaronim.

Mamy więc dychotomię totalną, antagonizm tak doskonale się uzupełniający, że wyścig Interu i Milanu znów cholernie mnie pociąga, nawet bez kibicowskiego zaangażowania kochałbym jego fabularną atrakcyjność. I zżerałaby mnie ciekawość, kiedy i po jakich przygodach wrócą tam, gdzie je zastałem na derbach w 2005 roku, tam gdzie ich miejsce. Na szczycie.

O takich klubach mówi się „tradycyjne potęgi” – założone na przełomie XIX i XX wieku, czyli w dziewiczych czasach futbolu (dziewiczych wszędzie poza Anglią), na kontynentalnym szczycie prężyły się już w latach 60., w kraju kolekcjonują zaszczyty od dekad (Serie A wygrywały 36 razy, ustępują Turynowi, który jednak rzadziej zadawał szyku na arenach zagranicznych). Łączy je też to, na co chyba rzadko zwraca się uwagę – prawdę mówiąc, w ogóle się nie spotkałem – że ich okresy hossy i bessy zaskakująco często się pokrywają. Oba sięgały po najcenniejsze trofeum na kontynencie w latach 60., oba żyły kiepsko jak na ich standardy w kolejnej dekadzie; oba masowo wygrywały u schyłku lat 80. i na początku 90. (gdy Arrigo Sacchi zaczynał podbijać Puchar Europy, to Inter po dekadzie odzyskiwał prymat w Serie A, a wkrótce miał poszaleć w Pucharze UEFA); oba triumfowały w Lidze Mistrzów w inauguracyjnej dekadzie XXI wieku; wreszcie oba nacierpiały się w dekadenckiej dekadzie bieżącej.

Aż zaczęły wspólnie się odradzać. Inter odpalił najpierw, wystrzelił na prowadzenie i próbuje uciekać, ale Milan ostatnio pędzi jak opętany – spadł na przeciwników jak gniew boży, przyspieszając znienacka, więc patrzymy z osłupieniem, trudno uwierzyć, że po wybuchu pandemii pozostał niepokonany najdłużej wśród wszystkich drużyn czołowych lig, zdystansował nawet Bayern. Czyżby sąsiedzi naprawdę nawzajem się nakręcali? Inspirowali lub przeciwnie, jeden ściąga drugiego na dno, gdy sam tonie? Niebawem otrzymamy kolejny materiał dowodowy, na razie wiadomo tylko, że choć przewaga trybuny Curva Nord jest ewidentna (nerazzuri zabawiają się w Lidze Mistrzów, rossoneri kopią w Lidze Europy), to obie strony znajdowały się ostatnio w zbliżonym stanie ducha. Zadowolone, lecz nie w pełni usatysfakcjonowane. Zniecierpliwione. Piłkarze Interu nie oszaleli ze szczęścia, bo choć zbliżyli się do triumfu i w Serie A, i w Lidze Europy, to ostatecznie nie obcałowali żadnego trofeum. Piłkarze Milanu – bo choć fantastycznie finiszowali, nie wrócili do upragnionej Ligi Mistrzów. Trzeba pracować dalej.

Blogonotkę spisuję jeszcze przed derbami – Inter zdecydowanym faworytem, a mecz powinien pysznie smakować, bo obaj rywale nie biorą ostatnio jeńców, liczy się atak, atak, atak – ponieważ ich wynik niczego by w jej treści nie zmodyfikował. To tylko etap długiej podróży, którą mediolańczycy będą kontynuować ze świadomością, że szlachectwo zobowiązuje, że wciąż mieszkają w jedynym w Europie mieście z dwoma triumfatorami Ligi Mistrzów. Tam też wypada znów zwołać derbową batalię, najlepiej w jednej z rund rozgrywanych wiosną.

Postaram się być wtedy na San Siro. Alternatywy zresztą chyba nie mam – poprzedniego wieczoru z Interem i Milanem w Champions League nie dokończyłem.

32 myśli na temat “Mediolan wstaje z kolan. Razem

  1. Co do derbów – miała być bomba, wyszedł kapiszon. Milanowi udało się wykorzystać dwa karygodne błędy indywidualne zawodnika, którego w ogóle nie byłoby na murawie, gdyby nie covid Bastoniego, ale ogólnie cały Milan grał słabo, a Inter jeszcze gorzej. Przy tak nisko zawieszonej poprzeczce nawet w tym w sporej mierze rezerwowym składzie powinni rossonerich rozstrzelać, a pod ich bramką kopali się po własnych czołach. Cóż, oby dalej było lepiej.

    Polubienie

  2. Co do derbów – miała być bomba, wyszedł kapiszon. Milanowi udało się wykorzystać dwa karygodne błędy indywidualne zawodnika, którego w ogóle nie byłoby na murawie, gdyby nie covid Bastoniego, ale ogólnie cały Milan grał słabo, a Inter jeszcze gorzej. Przy tak nisko zawieszonej poprzeczce nawet w tym w sporej mierze rezerwowym składzie powinni rossonerich rozstrzelać, a pod ich bramką kopali się po własnych czołach. Cóż, oby dalej było lepiej.

    Polubienie

  3. Z dużej chmury mały deszcz… – tak czasami bywa. Za to Napoli – Atalanta dało się oglądać, zwłaszcza pierwszą połowę. Podobnie jak pierwszą połowę Bayernu z Arminią. Wczoraj chyba była jakaś moda na tryb eko w drugiej.

    Polubienie

  4. Taka mała dygresja odnośnie artykułu Rafała o Idze Świątek.
    Co jakiś czas tu zaglądam i potem czytam kilka rzeczy hurtem. No iwczoraj zajrzałem bliżej pólnocy, przeczytałem i chciałem przejść do komentarzy.
    I mnie zatkało szczerze mówiąc. Iga zrobiła coś niebywałego i to w kapitalnym stylu. Trudno wyrokować czy to największy sukces sportowy Polaka w tym nietypowym roku ale chyba się zgodzimy że jeden z trzech największych. Gdy zobaczyłem 86 komentarzy to sobie pomyślałem – ho, ho, rozpisali się no ale wyczyn niewiarygodny to i wpisów multum.
    Przeczytałem dwa lub trzy, a potem przewinąłem i na każdy tylko rzuciłem chwilę okiem. Być może coś przeoczyłem ale wszystkie (dosłownie WSZYSTKIE) komentarze dotyczyły meczu/ meczów naszych pałkarzy (o tym z Bośnią głównie)…………..
    Tutaj głównie się o piłce pisze, ok, takie czasy. Ale skoro jest Iga i jej sukces i Rafał pochylił się nad tematem, to moglibyście też skomentować na temat.
    Przypuszczam że nikt nie przeczytałby tej drobnej uwagi jako 87 komentarz pod artykułem o Idze więc pozwoliłem sobie wkleić ją tak od czapki, w wątek – a jakże – pałkarski 🙂

    Polubienie

  5. @ISKAJUD
    W imieniu całego forum, przepraszam, że nie zajęliśmy się tematem godnym, uciekając w te o których mieliśmy coś do powiedzenia. Sam nie wiem za co nam płacą.

    Polubienie

  6. Fakt. Wynik, a zwłaszcza styl w jaki go zrobiła to absolutny szok. A na dodatek sama zaraz ogłosiła, ze robi do końca roku przerwę, żeby to sobie poukładać.
    Z podziwu dziób się sam zamyka.

    Polubienie

  7. Bayern strzela 5, Robert 3. Miałem w trakcie meczu podobną refleksję co Rafał… – Robert idzie na kolejny rekord.
    P.S.
    Bardzo mi się podoba ta strategia Flicka… – wymiany sytych brytanów na głodne wilki. Nawet jeżeli wynika tylko z obciążeń tegorocznym sezonem.

    Polubienie

  8. @0twojastara
    Nie zmienia to jednak faktu, że Zizou faktycznie za bardzo chce się oprzeć na swoich ludziach (piłkarzach), z którymi tak wiele powygrywał, oddając bezrefleksyjnie bohaterów jutra, których mu zaraz zabraknie (o ile się ogóle do tego momentu dotrwa). Ale spokojnie, tak nagle o dno nie wyrżnie, szczególnie z nie mniej poobijaną Barcą

    Polubienie

  9. Barcelonę rozsadza od środka partyzancka wojna o pozbycie się prezesa – szkodnika/nieudacznika. Dopóki on nie zniknie, ta drużyna nie będzie wiarygodnym graczem na piłkarskim rynku. Jeśli szkodnik zniknąłby już po tym meczu, to jego wynik można będzie uznać za sukces.
    Bo od pewnego czasu, to są jakieś kpiny – nawet Messi, nieprzeżywający przecież zapaści formy sportowej nagle „zapomniał” jak się strzela gole.

    Polubienie

  10. @panszeryf
    „oddając bezrefleksyjnie bohaterów jutra”

    Chodzi o Hakimiego? Bo w Cebullosa to już chyba nikt nie wierzy i bohaterowie jutra po rozstaniu z Madrytem świata nie wojują. Zobaczymy jak Achrafowi pójdzie, choć trochę mi smutno że wystraszył się rywalizacji z Carvajalem.

    Poza tym ja tam na boisku widziałem Fede, Viniciusa, Asensio, Mendy już od dłuższego czasu jest oficjalne nr1 na LO miast Marcelo. Odegaard został. Niektórzy chcieliby żeby całą ekipę wywalił i grał juniorami. Ja tam preferuje ewolucję nad rewolucją, i wyłuskanych z głową Valverdes & Casemiros nad przepłacanych de Jongów czy innych „bohaterów jutra”.

    Polubienie

  11. @0twojastara
    Też jestem za ewolucją, ale o ile nie twierdzę, że taki Hakimi powinien już odpowiadać za grę Realu, to w zasadzie bezrefleksyjne oddawanie takiego zawodnika, czy np. Reguliona i pozostawienie płuc zespołu w postaci bardzo już posuniętego w latach Modricia i też nie najmłodszego Kroosa – czy to nie zbyt daleko idące tkwienie w starych przyzwyczajeniach? Wydaje mi się, że pozostawienie w każdej formacji po jednym starym wydze (Ramos – Kross – Benzema) chyba by wystarczyło… No i powtarzam – nie trzeba wszystkich dzieci do pierwszego składu pchać, ale tak się ich beztrosko pozbywać? Żeby chociaż na tych pozycjach wybitne jednostki były we wspaniałej formie, to ok – ale ani Marcelo, ani Mendy, ani tym bardziej Ci z drugiej strony szału (już) nie (z)robią…

    Polubienie

  12. @panszeryf
    Kaman, Modrić dziś na ławie został, Fede wyszedł. Kroos ma 30 lat, swobodnie 2-3 lata jeszcze na poziomie. Co do Reguillona, to Real miał sobie zastrzec prawo wykupu przez 2 lata jak swego czasu z Carvajalem, jak się zaprezentuje to wróci, gorzej jakby marnował się na ławie, bo Mendy naprawdę pokazuje wysoką jakość, dużą pewność w obronie i coraz więcej w ataku. Marcelo jest już po drugiej stronie rzeki, ale on akurat jako zmiennik to nie strata dla świata, czasem jego kreatywność się przyda, a fochów na ławce nie stroi.

    Hakimi to i dla mnie zaskok, bo wychowanek, ale to jednak człowiek, nie zasób korporacyjny którym można dowolnie dysponować, i mam wrażenie że to on bardziej naciskał na odejście niż Real, cóż jego rywal do składu jeszcze kilka lat pogra.

    mam szczerą nadzieję iż pogłoski z Mbappe się potwierdzą, jeszcze o środku obrony trzeba pomyśleć i z grubsza tuning skończony.

    Polubienie

  13. Dziwne. Co prawda widziałem tylko ostatni kwadrans medialnego hiciora, ale wydawało mi się, że to Modrić przeczołgał bramkarza na czworaka (piękne to było) przy strzelaniu trzeciej bramki dla Realu. Jeżeli nie będzie wchodził do gry za minione zasługi, interesy reklamowe, tylko na tyle na ile mu forma i zdrowie pozwoli, to może jeszcze wiele wnieść do drużyny.
    Myślę, że nie mielibyśmy tyle problemów ze składami, gdybyśmy mogli mieć zaufanie do trenerów, ze w meczu grają wyłącznie ci w najlepszej dyspozycji i najbardziej dopasowani do wymagań stawianych przez rywala, a o wyborach decyduje wyłącznie piłkarska jakość.

    Polubienie

  14. W nawiązaniu do dzisiejszego felietonu z Wyborczej uprzejmie donoszę, że tytuł lorda jest w piłce już zarezerwowany dla jego wysokości Nicklasa Bendtnera. By zabezpieczyć gazetę przed pozwami duńskiego arystokraty proponuję zmianę i promocję Ramosa na Księcia. Najlepiej Ciemności. Czuwaj!

    Polubione przez 1 osoba

  15. Czarny Lord, czy Czarny Książę wszystko mi jedno… – nie lubię go! Jego skuteczność to tylko bezczelność łajdaka w świecie reguł. Nawet jeżeli towarzyszą jej umiejętności.

    Polubienie

  16. Może też być mianowany beniaminkiem (systemu) – jako stanowczo zbyt rzadko wywalany z boiska za pozasportowe „walory”.
    Albo aktorem (co się wiąże z powyższym) – za takie wyczyny jak przy karnym, choć to raczej sędzia okazał się marnym jurorem, bo gra aktora była drewniana.

    Polubienie

  17. Może być lord sithów, czemu nie 😉 ja wiem że dla wielu facet na zawsze pozostanie czerwony, ale ile on daje na boisku, dyrygent obrony, wsparcie w rozegraniu, a i pójdzie i strzeli. Starzeje się jak wino.

    ” sędzia okazał się marnym jurorem”

    Sędzia to powinien określać czy było przewinienie, a nie przyznawać punkty za styl. Faul był, tak obcesowe ciągnięcie za koszulkę nim jest. Ramos dołożył sporo, ale jakie to ma znaczenie? Gdyby Lenlet nie ciągnął go za koszulkę a Ramos wtedy padł, to można by mieć pretensje.

    Polubienie

  18. @Otwojastara
    „jakie to ma znaczenie?” – A siadłbyś do pokera z szulerem?
    Oczywiście można kibicować rywalizacji szulerów, emocjonować się pojedynkiem znaczonym kartami, tylko czy to jest jeszcze gra? – Widziałem Ramosa grającego czysto i też mi się podobał. Problem z nim polega na tym, ze gra czysto do momentu dopóki mu wszystko wychodzi. Jak przestaje, to nie ma zmiłuj się… – wszystkie chwyty dozwolone. To w takich momentach z reguły łapie czerwone kartki.

    Polubienie

  19. Aż dziwne, że nie zginął od tego pociągnięcia za koszulkę, a można było mieć obawy – bo wystrzelił w powietrze (co ciekawe w odwrotnym kierunku, niż był pociągnięty 🙂 ) jakby wstąpił na minę.

    A sędziowie rzeczywiście nie są od oceny aktorstwa, sędziowie są od karania aktorstwa. Notorycznego oszusta nagrodzono jedenastką. Gdyby za każde pociągnięcie za koszulkę w tłoku, przy stałym fragmencie gry dawano karne, to każdy korner oznaczałby karnego.

    Polubienie

  20. alp widzę że nie zrozumiał, antropoid udaje że nie zrozumiał ;p

    Ponownie, jakie ma to znaczenie dla akcji, jeśli po faulu zawodnik zachowa się „naturalnie” czy doda jeszcze moc reakcji od siebie, faul jest czy nie ma? No, słucham, jeśli Neymar dostał w nogi z tyłu, nie było kontaktu z piłką, ale oberwał niezbyt mocno, a on umiera, to faul był, czy nie?

    Czy oficjalnie był, ale Neymar to frajer i ma za swoje, moralnie faulu nie ma? ;p

    „Gdyby za każde pociągnięcie za koszulkę w tłoku”

    och, z tego co osobiście obserwuje, sędziowie coraz bardziej gardłowo te pociągnięcia traktują. Jak kolega pokaże mi screena z dowolnego meczu w tej kolejce, a, niech będzie, w tym miesiącu, gdzie koszulka trzymanego piłkarza była tak naprężona, a sędzie/var nie interweniowały, to pogratuluję. Myślę że kolega nie znajdzie, Ramos oddalił się prawie na metr, a Lenglet nadal go trzymał. Stawiam też brylanty przeciw orzechom, że podczas pozostałych kornerów tego klasyku, nikt nie trzymał w tak spektakularny sposób za koszulkę nikogo, i dlatego pozostałe kornery nie zakończyły się karnymi, pomimo obaw kolegi. Może mam klapki na oczach, i tu mnie kolega oświeci, pokaże że w tej akcji to Ramos Messiemu wręcz spodenki na głowę zaciągnął, a ja zaślepiony nie widziałem, kto wie 😉

    Tak, można nabijać się z aktorstwa Ramosa, należy nawet. Ale pomyślcie co by było, gdyby nie padł rażony piorunem. Gdyby nie zwrócił na siebie uwagi, a var przewinienie Lengleta przez to przegapił, bo arbiter przegapił. Dopiero to byłby klęska futbolu.

    Polubienie

  21. Dla mnie karny był.

    Co innego we wczorajszym meczu Milanu z Romą, kiedy sędzia się ewidentnie pogubił. Najpierw po faulu na piłkarzu Milanu podyktował karnego dla… Romy, nie sprawdzając nawet swojej decyzji na VARze, po czym żeby odkręcić swój błąd podyktował karnego dla Milanu dlatego, że się napastnik Milanu odbił od obrońcy Romy…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s